W
I
Ę
C
E
J

«

N
E
W
S
Ó
W
Herring & Herring – wywiad dla „SO WHAT!” – 30.11.2016 CZ. 1
dodane 25.07.2017 16:17:23 przez: Elvis-Król
wyświetleń: 634
Zeszłoroczny wywiad z 30.11.2016 roku dla "SO WHAT!" przeprowadzony przez Steffana Chirazi z Dimitrim Szeblanovem i Jesperem Carlsenem. Przetłumaczony i opracowany przez użytkownika Marios.



Wstęp: Steffan Chirazi


Duet fotografów Dimitri Szeblanov i Jesper Carlsen. Są zmęczeni, ale sympatyczni. Przez dwa lipcowe dni pracowali nad okładką nowego albumu Metalliki. Są też broszury i plakaty promocyjne w HQ. Postanowiłem zająć im jeden dzień. Są spokojni, ale nie trzeba zbyt długo się przyglądać, by zobaczyć oznaki zmęczenia. Wiem, ile godzin spędzili nad projektem i martwię się tym, jak zabrać im jak najmniej czasu. Obaj zapewniają, że to żaden problem, że mają mnóstwo czasu, żebym się nie martwił. Uspokoiłem się tymi zapewnieniami i przeszedłem do zadawania pytań. Ale podświadomie czułem, że technicznie nie był to najlepszy pomysł. Ci dwaj faceci są tak bardzo życzliwi, jak tylko to można sobie wyobrazić, faceci, którzy dzielą to samo nazwisko w celach zawodowych (Lars spędził dużo czasu na rozgryzaniu kto jest którym Śledziem).



Nie są bliźniakami, co mogą sugerować nazwiska, nie są też rodzeństwem. To fałszywy trop. Dimitri Szeblanov i Jesper Carlsen pochodzą odpowiednio z Rosji I Danii. Osiem lat temu spotkali się przy wspólnym projekcie i pracowało im się tak dobrze, że stworzyli kreatywne partnerstwo. Przyjęli nazwę Herring & Herring, bo śledzi jest dużo i w Rosji i w Danii. To ich wspólna tożsamość. Nazwa jest jak najbardziej demokratyczna. Dzięki niej nie można stwierdzić, kto w tym duecie jest ważniejszy. To równość.

Pierwszy raz spotkałem ich na weselu Larsa (7 marca 2015 roku). Szeblanov (ten z wąsami) urodził się i mieszkał w Moskwie, skąd w 1991 roku przeniósł się do Nowego Jorku. Jest spoko angażującym się gościem, który sugeruje, że dyskutować może o sztuce renesansu i błyskawicznie przejść na temat Formuły 1 i bez zbędnego mielenia znaleźć się w temacie polityki. Jesper Carlsen krytycznie chichocze, twierdząc, że dzieciństwo spędził „jak w tureckim więzieniu”. Jest cichy i bezlitośnie grzeczny. Patrzy na ciebie okiem detektywa, jakby badał cię wzrokiem. Na lewym ramieniu ma tatuaż swojego psa. Kiedy spędzisz z nimi więcej czasu, dostrzeżesz, że ich twórczy związek jest doskonale wyważony, ponieważ ich osobowości doskonale do siebie pasują.

Herring & Herring współpracowali z szerokim gronem klientów handlowych i modowych, publikując własny magazyn "Herring & Herring Magazine". W dużej mierze to oni wybierają, z kim chcą pracować: Gucci, Playboy, Nicole Miller... Współpracowali z gwiazdami: Beyoncé, Oprah, Ozzy Osbourne, David Byrne, Hilary Swank no i teraz z Metallicą. Obaj mają różne upodobania, jeśli chodzi o fotografów. Szeblanov mówi o upodobaniu do duetu Gilbert & George, natomiast Carlsen nie stara się podpatrywać żadnego fotografa, ale przyznaje, że każdy fotograf lubi Helmuta Newstona. To kolejna przesłanka, która wyjaśnia, że tak różne osobowości znajdują na tyle dużo miejsca dla siebie, aby pracować jako jeden organizm.

Warto wspomnieć, że Szeblanov i Carlsen są wielkimi fanami Metalliki. Szeblanov uwielbia „One” i „Master of Puppets”, a Carlsen “The Four Horsemen” i “Kill’em All”. Ale obaj zgodnie twierdzą, że to kurewsko ciężkie, by wybrać jeden utwór i album.

Efekty pracy, które zobaczyliśmy, mówią same za siebie. Okładka „Hardwired...To Self-Destruct” to połączenie surowych, dzikich emocji. Wrzeszczących, ryczących, kopiących, które wyrażają wewnętrzną wściekłość, a ta jest absolutnie tożsama z muzyką zawartą na albumie. Okładka urzeczywistnia Metallicę jako jedno stworzenie, jako jedną osobę lub hybrydę (jak mówią zgodnie Szeblanov i Carlsen) potwora Frankensteina. To bestia, głośno wyrażająca wszystkie dzikie cechy życia. Wewnątrz każdego członka zespołu kryją się nadzieje, marzenia, frustracje.

Pierwsza część rozmowy odbyła się bezpośrednio po ogłoszeniu nowego albumu. Było jasne, że druga rozmowa też będzie nieunikniona. Drugą część przeprowadziłem po koncercie w Minneapolis.

Początek wywiadu:




Steffan Chirazi: Zacznijmy od podstaw. Jak to się stało, że się spotkaliście?

Dimitri Szeblanov: Jak się spotkaliśmy? Poznaliśmy się osiem lat temu i są dwie wersje, jak do tego doszło. Mówimy o wspólnym projekcie. Jesper był fotografem, a ja reżyserowałem sztuki. Projekt był projektem komercyjnym. Po prostu w niego weszliśmy. Myślę, że poczucie humoru jest czymś, co wspólnie dzieliliśmy. Lubiliśmy się bawić i myśleliśmy, by zrobić coś razem. Jesper chciał skombinować kilka zdjęć do artykułów i tak ukręciliśmy pierwsze wydawnictwo. Okazało się, że wyszło naprawdę fantastycznie.

Jesper Carlsen: Tak. I dokładnie tej samej techniki użyliśmy przy okładce “Hardwired…To Self-Destruct”.

DS.: Zrobiliśmy później razem drugi projekt, drugi przerodził się w trzeci i obaj uznaliśmy, że to działa naprawdę dobrze. Dlaczego by nie poświęcić się wspólnej pracy? I po prostu pracujemy razem. Nie pracujemy z nikim innym. Na samym początku naprawdę eksperymentowaliśmy i cieszyłem się, że na każdym zdjęciu wychodzą świeże pomysły.

I robicie to wszystko w czymś, co nazywamy „cyfrowym światem”. Nie ma ciemni, nie ma drukowania.

DS.: Racja. Fotografowałem w szkole średniej i to było moje pierwsze kreatywne szukanie. Potem to porzuciłem, zająłem się filmem, a później wszedłem w rzeźbę. Pracowałem też wtedy w reklamie.

Czy jesteście niewolnikami technicznej doskonałości? Czy sądzicie, że można uzyskać wspaniałe zdjęcie, nawet gdy światło jest niezbyt dobre, ale to emocje są najważniejsze?

DS.: Prawdopodobnie różnimy się w tej kwestii między sobą.

JC: Tak. Różnimy się, bo ja lubię doskonałość. Lubię poprawić oświetlenie. Jeśli zdjęciu czegoś brakuje, chcę mieć możliwość poprawiać to jeszcze i jeszcze. Dimitri może zrobić czasami niewyraźne zdjęcia. Ja ich nie lubię, ale on je lubi.

DS.: Tak. Czuję w nich więcej emocji. I jeśli czuję się z nimi dobrze, jeśli czuję się w porządku, to lubię to. Jesper woli ostrość.

JC: Jestem takim nerdem!

I jak się zwykle kończy dyskusja między wami o te różnice? Rozdzielacie pomysły? Mieszacie je ze sobą?

JC: Ważny jest efekt końcowy. Jeśli zaczniesz składać wszystko ze sobą. Jeśli efekt wychodzi miękki lub rozmazany, to sprawdzamy, czy pasuje do założeń projektu.

DS.: Oczywiście są między nami różne punkty widzenia, ale gdy się spieramy, próbujemy wzajemnie udowodnić własną stronę.

To zabawne, prawda? To świetna zabawa w procesie twórczym.

DS.: Powiedziałbym, że to nie jest zabawna część całego procesu.

Ale, czy nie jest wtedy jak w małżeństwie? Możecie w to wejść, ale nie rozwodzicie się nad każdym argumentem.

JC: Dobrze. Ale wtedy mamy jeszcze Kelly’ego [Kelly Scott - kierownik studia Herring & Herring] i mówimy: „OK. Kelly, co myślisz?”. On ma trzeci głos i zwykle doradza.



Czy był jakiś szczególny moment, który zbliżył was do siebie i pomyśleliście, że będziecie działać w dłuższej perspektywie?

JC: Dla mnie tak się działo bardziej, gdy popełnialiśmy błędy. Na początku zrobiliśmy zdjęcia, ale zapomniałem ustawić odpowiednio aparat i zapisały się do JPG, zamiast do raw.

Jak odkręcić coś takiego?

JC: Cóż. Dostaję wtedy zawału! Nie da się tego odzyskać. Ale zawsze znajdujemy moment, by zrobić to jeszcze raz.

DS.: Wciąż się uczysz. Po prostu musisz się tego nauczyć, zwłaszcza na początku. Myślę, że od jakiegoś czasu mamy ten wspólny flow. Ale na początku było dużo...

JC: ...głupich błędów.

DS.: ...prób i błędów. Ale to też było wspaniałe, bo się na nich uczyliśmy. Wszystkie te złe momenty były gówniane, ale bardzo cenne. I myślę, że doceniliśmy to wszystko, bo to doprowadziło nas do miejsca, w którym aktualnie jesteśmy.

Każdy jest przekonany, że mając iPhone’a, może robić zdjęcia, ale nie ma pojęcia o oświetleniu i rozdzielczościach, które są barierą między przypadkową fotografią, a zdjęciem przygotowanym zawodowo, prawda?

DS.: I jednocześnie masz ludzi, którzy są mistrzami techniki, a nie potrafią zrobić zdjęcia.

JC: Wielu z nich nie potrafi współpracować z osobą fotografowaną. Nie mówią, nie łączą się z obiektem. I też jest powód, dla którego wygodnie pracować we dwójkę, bo czasami Dimitri ma lepszy kontakt z obiektem, niż ja.

DS.: A czasami jest odwrotnie. To prawda.

Zwykle robicie zdjęcia sławnym osobom. Mam wrażenie, że gdy mijacie na ulicy zwykłych ludzi w życiu prywatnym, to macie coś takiego: „Oj, chciałbym zrobić im zdjęcie”.

JC: Nie zajmujemy się fotografią, gdy nie pracujemy.

DS.: Prawda.

JC: Nie nosimy aparatów ze sobą.

DS.: Nie robimy zdjęć telefonem.

JC: Ja oszczędzam całą energię na czas pracy.

DS.: Kontrolujemy się.

Ale przecież cały czas coś widujesz. Nie myślisz potem: „Jasna cholera! Muszę zrobić pieprzone zdjęcie!”

JC: Gdy uda mi się zobaczyć coś ciekawego, od razu przekształcam to w koncepcję, a potem sprzedajemy to w magazynie, czy w inny sposób.

To naprawdę bardzo, jakby to powiedzieć, kontrolowane podejście, ale to też całkiem sprytne.

JC: Myślę, że takie podejście wynika z naszych osobowości. Nie jesteśmy osobami, które biegają po mieście i zaczepiają przypadkowych ludzi pytaniem: „Czy możemy zrobić ci zdjęcie?”.

DS.: Cóż, chcę powiedzieć, że gdy chodziłem do akademii i byli tam ci wszyscy rzeźbiarze, malarze i osoby zajmujące się fotografią, no wiesz... Nigdy nawet nie poszedłem na zajęcia z fotografii, Wiesz dlaczego zawsze czułem obrzydzenie takimi zdjęciami? Pomysł, że ktoś przez soczewkę widzi coś, czego druga osoba nie ma możliwości dostrzec jest szalona. To naprawdę dziwne podejście. My zaczynamy od pomysłu i projektujemy, nie kończymy na robieniu zdjęć. Zajmujemy się całością. Robimy listę rzeczy. Jest to proces. Wszystko mieści się w pomyśle. Nigdy nie szukamy inspiracji w zdjęciach. Ale możemy przeczytać artykuł, lub trafić na plakaty reklamowe z lat 40. i jeśli uznamy, że to spoko pomysł budujemy wokół tego całą historię.

To ciekawe. Pracujesz w sposób bardzo uporządkowany. Nie ma tu miejsca na „zobaczymy jak będzie”. To od początku do końca zaplanowane.

DS.: Dokładnie tak.

Więc ile projektów podejmujecie w ciągu roku?

DS.: O mój Boże!

JC: Nie ma żadnych ograniczeń, trzeba te projekty najpierw wymyśleć, ale tak...

DS.: Mamy teczki, do których wkładamy pomysły, zbieramy różne materiały i tworzymy z tego jakąś koncepcję.

JC: Codziennie zbieramy zdjęcia. Zawsze coś zachowujemy.



Więc teraz powinniśmy porozmawiać o całym projekcie „Heardwired...”. Skąd wzięliście materiały do tego zadania? Widzieliście jakieś zdjęcia? Widzieliście jakieś teksty? Słyszeliście jakąś muzykę?

JC: Nie.

DS.: Usłyszeliśmy o kilku koncepcjach, słyszeliśmy coś tam o tytule, ale nie było żadnej muzyki.

JC: Ale wszystkie pomysły na projekt zrodziły się na weselu Larsa.

Pociągnijmy ten temat.

DS.: Tak. Cóż... Gdy Lars zaprosił nas na wesele, powiedział, żebyśmy robili wszystko, czego potrzebujemy. Więc przyszliśmy nocą przed gośćmi i strzeliliśmy kilka fotek Larsowi i Jessice...

JC: ... w ich garażu.

DS.: W ich domu. To była koncepcja portretu. Wykonaliśmy serię zdjęć i postanowiliśmy umieścić osobę na osobie. Tłumaczyliśmy Larsowi, że będzie to coś w rodzaju kontrolowanej podwójnej ekspozycji.

Tak. Kumam.

DS.: Mieliśmy gotowe pierwsze pojedyncze zdjęcie i zrobiliśmy je w charakterze obrazu namalowanego w fotoskopie. I wstawiliśmy je w drugi obraz. Najpierw pojawia się zamieszanie, bo nie wiesz na kogo patrzysz. Twarze zaczynasz przesuwać w górę i w dół i naprawdę ciężko powiedzieć kto jest kto. Później nakładasz jeszcze kolory i robisz ten efekt jeszcze bardziej... nie wiem jak to nazwać.... Nie jest to psychodeliczne ale niech będzie. Jest bardziej psychodeliczny.

JC: Tak. To zależy od kolorów.

DS.: Dobór kolorów jest ważny. Więc pomyśleliśmy o czymś naprawdę specjalnym, tylko dla nich, o czymś naprawdę wymownym, mając cały czas na uwadze, że jest to związek. Dlaczego by nie zrobić zdjęć Larsowi i nie nałożyć ich na zdjęcia Jessiki? Albo fotki Jessiki nie nałożyć na Larsa i stworzyć pojedynczy obraz pary? Wytłumaczyliśmy im więc jak to zrobiliśmy. Ich reakcja: Nie mamy pojęcia o czym mówisz, ale spoko, róbcie cokolwiek chcecie. Zainstalowaliśmy się w ich garażu i pracowaliśmy nad projektem. To było o północy, albo o pierwszej.

JC: Tak. Było naprawdę kurewsko późno.

DS.: Lars zapytał: Co to jest? Gdzie się tego nauczyliście? Ta koncepcja była pierwszą, którą wspólnie zrobiliśmy. A Lars odpowiedział: To byłaby niesamowita okładka nowego albumu. Odpowiedzieliśmy: „Dobry pomysł”. A Lars kontynuuje: „Ile kombinacji można zrobić z czterema osobami?”.

Więc był na tak?

DS.: Jak najbardziej.

JC: Cóż, byliśmy wtedy trochę wstawieni

DS.: Tak, tak. Wychyliliśmy co nieco.

Więc myślałeś, że byłeś zbyt mocno pijany, by się tu znaleźć? Chciałbym zwrócić uwagę, że nie byłeś tak mocno pijany jak myślisz, skoro tu teraz jesteś, ale wiem o czym mówisz. Jak się dzielicie pracą między sobą? Chodzi mi o naciskanie przycisku, kadrowanie, produkcję, postprodukcję. Wymieniacie się tym?

JC: Cóż. Dimitri robi wszystkie te rzeczy. Nie jestem zbyt dobry, jeśli chodzi o Photoshop, więc to jego działka.

DS.: Tak. Np. wczoraj przygotowywałem zdjęcia. Wziąłem portrety i je pomalowałem, a Jesper dziś robił zdjęcia z projektora, gdzie ja cały czas tym projektorem manipulowałem, zmieniałem kąt i robiłem wszystkie takie rzeczy. Potem zabieram się za postprodukcję, która w rzeczywistości nie jest tak duża, bo wszystko dzieje się w aparacie.



Kiedy po raz pierwszy odkryliście tę technikę? Wspomnieliście, że to był pierwszy raz, kiedy to zrobiliście.

JC: Początkowo, zamiast projektować twarze na twarzach, projektowaliśmy ubrania na nagich modelach. Wtedy wszyscy dookoła bawili się tłem. Chcieliśmy robić coś innego, więc Dimitri wpadł na pomysł nakładania odzieży na nagie dziewczęta, co było początkowo wielkim bólem dupy, bo nakładaliśmy ubrania za pomocą projektora w ciemni.

DS.: To nie było zabawne.

JC: Nigdy wcześniej tego nie próbowaliśmy, więc musieliśmy przejść przez te wszystkie ustawienia. Sprawdzanie co się sprawdza, a co nie. Gdy coś nie działało, zbijało nas to z tropu. Cały proces opierał się na poprawianiu błędów. Po wszystkim przysięgliśmy sobie, że nigdy więcej tego nie zrobimy!

DS.: Zrobiliśmy też bardzo osobisty projekt, w którym pokazaliśmy nagość. Robiliśmy zdjęcia nagich mężczyzn i nagich kobiet i nakładaliśmy wzajemnie na płeć przeciwną. Efekt był niesamowity.

JC: Wspaniały.

DS.: Kochamy je. Te zdjęcia, które są chyba naszymi ulubionymi. Tak, To wszystko dlatego, że są naprawdę mylące. Masz tu dziewczynę, cycki, trochę mniejszych cycków, a tu kutas... i podwójne sutki a potem połączona twarz. To nie tylko bardzo zakręcone, ale też naprawdę fajnie wygląda.

JC: Ale znów po wszystkim przysięgliśmy, że nigdy więcej tego nie zrobimy. Tak jest u nas z każdym projektem. Ale dzięki redaktorowi magazynu, który poprosił o coś specjalnego i wybrał te zdjęcia: „Zróbcie to jeszcze raz”...



Porozmawiajmy teraz o magazynie, na kartkach którego spotkaliście się z Larsem kilka lat temu. Po pierwsze i ważne: obaj urzędujecie w Brooklynie.

JC: Tak. Obaj jesteśmy z Brooklynu.

Jak myślicie, ile podróży czeka was w tym roku? Lubicie podróżować?

JC: Staramy się jak najwięcej rzeczy robić w Nowym Jorku.

DS.: Ale w zasadzie poruszamy się między Nowym Jorkiem a Los Angeles. Kiedy pracujemy dla poszczególnych klientów, wylatujemy na kilka dni, a potem wracamy na miejsce. Gdy składamy nasz magazyn, to dwa, dwa i pół tygodnia w Los Angeles jest dość brutalne.

JC: Lubimy zabrać wszystko co potrzebne i lubimy pracować. Potem wracamy do domu, robimy retusz i składamy magazyn. To kolejne dwa miesiące pracy.

I jak często wychodzi wasz magazyn?

DS.: To naprawdę zależy od inspiracji.

W takim razie to niesamowita swoboda, by pozwolić sobie na publikowanie w ten sposób w dzisiejszych czasach. Jak wam się udaje to osiągnąć?

DS.: Cóż. Cały ten magazyn pojawił się niejako przypadkowo. Nie zamierzaliśmy robić magazynu. To się wydarzyło, bo zebraliśmy całkiem sporo rzeczy dla innych czasopism, do których robiliśmy zdjęcia. Wykonaliśmy zadanie, zarobiliśmy pieniądze i dwa miesiące później zdecydowaliśmy, że wykorzystamy to u siebie.

Wspaniale.

DS.: Wystarczy robić te wszystkie zdjęcia.

JC: Te pomysły były tak dobre, że musieliśmy wyjść z nimi szerzej.

DS.: I zrobiliśmy sobie taki magazyn promocyjny, by móc wysyłać go potencjalnym i aktualnym klientom. Odpaliliśmy stronę internetową i tam daliśmy zakładkę, dzięki której można zamówić nasz magazyn. Umieściliśmy tam filmy i próbki zdjęć. Dostaliśmy mnóstwo zapytań i próśb, więc pomyśleliśmy: „Zróbmy kolejny numer”. Chodzi o to, że jeśli ludzie tego chcą, to róbmy to. Wysłaliśmy pierwszy numer do dystrybutora. Pokochali go, a my odpowiedzieliśmy: „Dobra. Powiedz, jaki ma być następny numer, a my coś wybierzemy”. No i teraz mamy nowego dystrybutora i on rozprowadza to, co robimy. To nie jest typowy magazyn. Nie ma w nim tekstu, nie ma artykułów, nie ma takich rzeczy. Są tam tylko nasze zdjęcia! I to nie jest ogromny nakład. Nie drukujemy pół miliona sztuk, więc mamy trochę swobody z tym co i kiedy chcemy robić. Więc, gdy mamy chwilę i nie pracujemy z klientami, staramy się wszystko zbalansować, co jest najtrudniejsze organizując robotę z tymi wszystkimi ludźmi.

JC: Super sprawą jest to, że wszystkie gwiazdy, które do nas docierają, chcą być w magazynie.

DS.: Co sprawia, że jest teraz o wiele łatwiej, niż na początku.

JC: To kurewsko fantastyczne, a ponieważ nie robimy tradycyjnych sesji zdjęciowych, to gwiazdy chcą to robić. Zwykle czasopisma są nudne. Tu jest więcej zabawy.

Sumując wszystko, co dotąd zostało powiedziane, z tym całym planowaniem, scenografią, wciąż w tym wszystkim chodzi o tę ludzką stronę, prawda? To jest esencja tej całej pracy.

JC: Jasne.

DS.: Absolutnie tak. Nawet ze zdjęciami Metalliki tak było. Zarys był taki, że jest białe tło i nakładanie osoby na osobę. Wszystko inne było poza naszą kontrolą. To ci faceci decydowali, jakie emocje chcą wyrazić na twarzach i ciałach. To interesujące: na początku zrobiliśmy Larsowi kilka fotek, bo już na weselu mieliśmy z nim do czynienia i jesteśmy z nim w dobrej komitywie. Metallica to cztery całkowicie odmienne osobowości. Innym fajnym spostrzeżeniem było to, że jeśli któryś z nich wyszedł na zdjęciu ponuro, to fantastycznie to kontrastowało z jego szalonym wizerunkiem. W ten sposób dostajesz wzajemne oddziaływanie tych osób na siebie i wychodzi, że czterej różni faceci tworzą na zdjęciu jedną całość, mimo, że są tam cztery jednostki. To jest fajne.




CIĄG DALSZY NASTĄPIŁ! (KLIK)


Źródło: "SO WHAT!"

Tłumaczenie i opracowanie: Marios

Opublikował: Elvis-Król

Waszym zdaniem
komentarzy: 0
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Nikt nie skomentował newsa.
OVERKILL.pl © 2000 - 2017
KOD: Marcin Nowak