W
I
Ę
C
E
J

«

N
E
W
S
Ó
W
Wywiad z Jamesem Hetfieldem dla "SO What!" cz.1
dodane 29.12.2016 00:36:57 przez: Imperius
wyświetleń: 1026
Kontynuując cykl wywiadów „The Hardwired… So What!”, przeprowadzonych przez Steffana Chirazziego, dla internetowej wersji „So What!” prezentujemy po niżej wywiad z Jamesem. Co bardziej spostrzegawczy czytelnicy słusznie zauważą, iż jeden wywiad z wokalistą Metalliki w tej serii już się ukazał. Jak się jednak okazuje James był tak rozmowny, że Steffan musiał podzielić obszerny materiał z wywiadu prezentując fragmenty ich rozmowy, dotyczące słów do piosenek na "Hardwired...", w osobnym artykule, który zamieściliśmy dla was wcześniej. Dziś pora na tą część wywiadu, która dotyczy wszystkiego innego poza słowami do piosenek ale wciąż traktuje o najnowszym albumie. Ponieważ i tutaj James nie ograniczał się w wypowiedziach i materiału okazało się trochę za dużo jak na jeden raz (szczególnie dla tłumaczącego ten tekst :) po niżej prezentuję wam część pierwszą wywiadu, natomiast część druga już w krótce. Miłego czytania.



SC: Czy możesz nam opowiedzieć o tym gdzie wy, jako zespół znajdowaliście się gdy powstał „Lords Of Summer” na potrzeby trasy By Request? Czy wydawało ci się wówczas, że jesteście bliżej stworzenia nowego albumu niż to było w rzeczywistości?

JH: O rany! „Lords Of Summer” wydaje się teraz taki odległy. Ten utwór był samodzielnym kawałkiem. W moim przekonaniu taki miał być. Kiedy patrzę w przeszłość jak zagraliśmy na żywo te wczesne riffy i utwory jak „Vulturous” (przed wydaniem Death Magnetic – przyp. Imperius), które nie były w pełnie jeszcze rozwinięte, to myślę, że wyświadczyliśmy sobie i tym utworom swoistą niedźwiedzią przysługę. Tym razem, więc byłem bardziej zainteresowany takim procesem jaki miał miejsce kiedy powstało „I Disappear”. Byliśmy w okresie pomiędzy albumami i chcieliśmy stworzyć nowy kawałek, tak po prostu ale tak porządnie w studio. Tak zrobiliśmy i w sumie to wszystko. Kiedy graliśmy potem „Lords Of Summer” to wszyscy czterej czuliśmy się bardzo dobrze z tym, że debiutujemy nowy utwór na żywo, byliśmy w to w pełni zaangażowani. To była taka nasza piosenka na lato, tak to pamiętam.

SC: Czy powiedział byś, że „LoS” był swojego rodzaju katalizatorem procesu twórczego i procesu powstawania nowego albumu? Punktem w czasie, w którym wszystko co doprowadziło do powstania „Hardwired...” się zaczęło?

JH: Szczerze mówiąc nie zastanawiałem się nad etapami powstawania albumu. Utwory na „Hardwired...” powstawały wtedy kiedy mieliśmy na to czas, jak zwykle zresztą to u nas bywa. Z resztą, ja z reguły pracuję w taki sposób. Ale muszę przyznać, że „LoS” dało nam kopa emocjonalnego. Ten kawałek spotkał się z pozytywnym odbiorem ze strony publiczności na koncertach, wiesz ludzie śpiewali razem ze mną, znali słowa, utwór generalnie im się podobał, to było fajne uczucie. Sam fakt w jaki sposób to zrobiliśmy; sami, bez firmy płytowej, nagraliśmy tylko jedną piosenkę i chcieliśmy zobaczyć co się stanie. To dało nam uczucie wolności. Mieliśmy poczucie, że możemy zrobić co tylko chcemy. Nie musi być od razu cała płyta, nie trzeba się ograniczać w taki czy inny sposób. Napisaliśmy piosenkę, zagraliśmy ją na żywo i tyle, prościzna. Okazało się, że ludziom to się podoba co z kolei dało nam dużo radości. To spowodowało, że bardzo się podekscytowaliśmy perspektywą nagrywania nowego albumu. Więc w tym sensie tak, to był katalizator. Lars ma lepszą pamięć do takich rzeczy i z pewnością mógłby powiedzieć więcej o etapach powstawania albumu ale materiał tworzyliśmy w segmentach czasowych po trzy lub cztery utwory. Nie różniło się to zbytnio od procesu jaki zwykle ma miejsce kiedy bierzemy się za tworzenie nowego materiału. Przesłuchaliśmy z Larsem nagrania surowych riffów jakie powstały na przestrzeni ostatnich lat, usiedliśmy razem i zaczęliśmy proces selekcji. Lars z tym swoim pieprzonym notatnikiem gdzie ma setki uwag, komentarzy i zapisuje wszystko. Jednym słowem jak zwykle.



SC: Mam wrażenie, i powiedz jeśli się mylę, że to chyba pierwszy album od dobrych 25 lat, który został stworzony w atmosferze pełnego komfortu w sytuacji gdzie ty i Lars, nazwijmy to - dowodzicie tym okrętem. Mam na myśli sytuację, gdzie owszem, każdy w zespole wnosi coś charakterystycznego od siebie ale nie ma zmagania się o to by na siłę wprowadzać demokrację w procesie tworzenia albumu.

JH: Jest w tym sporo prawdy ale ja bym podkreślił, że naszym celem jest napisanie najlepszej możliwie piosenki, bez znaczenia skąd pochodzi materiał na tą piosenkę. Ja i Lars nie próbujemy monopolizować procesu twórczego ale jednocześnie nie staramy się na siłę uwzględnić wszystkiego i wszystkich. Staramy się wychodzić z założenia: „To będzie najlepsze dla zespołu jako całości. To są najlepsze riffy jakie mamy, najlepsze elementy i złożymy je teraz do kupy”. Nie rozpatrywałbym tego albumu w kategoriach indywidualnego wkładu każdego z nas. Na przestrzeni 35 lat istnienia tego zespołu zdarzały się sytuację kiedy ktoś był bardziej kreatywny, a ktoś inny mniej ale uważam, że i tak w Metallice jest to mniej widoczne niż w innych zespołach. U nas liczy się to co jest najlepsze dla zespołu.

SC: OK, zgadzam się, ale mam wrażenie, że osiągnęliście na tym albumie pewien poziom równowagi pomiędzy wami jeśli chodzi o tworzenie nowego materiału. Równowagi, która może nie była osiągalna jeszcze trzy czy cztery lata temu. Zgodził byś się z takim stwierdzeniem?

JH: Coś w tym jest. Ja bym określił to tak, pomiędzy nami czterema jest zrozumienie, że ja i Lars, jak by to powiedzieć, dzierżymy drążek sterowniczy od dnia numer 1 i po co temu zaprzeczać czy próbować to zmienić? Nie lepiej jest to zaakceptować i podążać do przodu?

SC: Jak bardzo, sposób w jaki pracowaliście z Lou Reedem wpłynął na to jak podeszliście do procesu nagrywania „Hardwired...”? Pytam ponieważ Greg wspomniał, gdy z nim o tym rozmawiałem, że kilka z tych piosenek zostało nagranych „na żywo” w studio, gdy po prostu je wykonaliście razem. Wspomniałem już o tym Larsowi, że wydaje mi się iż ten album był zmiksowany w najkrótszym czasie w waszej całej karierze.

JH: Musze powiedzieć, że to był prawdziwy zaszczyt pracować z Lou Reedem w studio. Patrzeć jak sterował tym okrętem, bo tak właśnie Lou traktował powstawanie „Lulu”. Przykro mi to powiedzieć w formie przeszłej ale on był... prawdziwym artystą. Nagraliśmy „Lulu” i ta magiczna chwila minęła. Lou nie zamierzał tego powtarzać. [James naśladuje głos Lou Reeda] „Nie wydaje mi się bym mógł to kiedykolwiek powtórzyć, a jeśli bym mógł to źle bym się z tym czuł. Zrobiłem to bo chciałem, czy muszę od razu podejmować decyzję o tym co będzie w przyszłości?”. Tego typu podejście. Lou starał się zaufać swojemu instynktowi artysty, wyczuć moment. I możesz teraz rozkładać jego słowa na czynniki pierwsze, czy naprawdę myślał to co mówił, czy tylko tak gadał żeby przestali pytać? Ale jaki to ma sens? Na tym polega sztuka, kiedy artysta mówi, że dzieło jest skończone to jest skończone i tyle. Kiedy ja i Lars siadamy razem w studio dochodzi do takich spontanicznych sytuacji. Ostatnio często o tym mówiliśmy i żartowaliśmy z tego, że ja tylko się rozgrzewam, stroję gitarę i coś tam sobie brzdąkam żeby się przygotować a Lars zaraz krzyczy, „Hej, co to było, to co przed chwilą zagrałeś? To było dobre, powtórz to, może tego użyjemy”, a ja na to, „Stary nie wiem co zagrałem przed chwilą nie zastanawiałem się nad tym”. I Lars wtedy woła do obsługi technicznej, żeby nam to odtworzyli z powrotem i zaczyna analizować każdy fragment podczas gdy ja mam ochotę już iść dalej, przejść do kolejnego fragmentu, zacząć próbę. Lars lubi mieć wszystko nagrane, zapamiętane, udokumentowane. Ma świetną pamięć do takich rzeczy i chyba boi się, że coś mu umknie albo, że coś wartościowego się zapodzieje w natłoku materiału. I to chyba dobrze, bo ja na przykład, takich skłonności nie mam, więc pewnie tworzymy dobraną parę, umiejętnie się uzupełniamy. Nie lubię słowa „jamming” bardziej wolę określenie tworzyć coś razem spontanicznie przez ciekawość gdzie to może nas zaprowadzić. W Metallice nie było za dużo tego typu podejścia przed pojawieniem się „Lulu”.

SC: Kiedy wracam myślami do „Death Magnetic” przypomina mi się jak opowiadaliście jak to Rick Rubin namawiał was aby nie bać się wzorować na swoich poprzednich dokonaniach, czerpać z nich inspirację. Teraz kiedy słucham „Hardwired...” mam wrażenie, że tym razem sięgnęliście po inspirację jeszcze dalej do rzeczy jakich sami słuchaliście kiedy tworzyliście swoje pierwsze albumy. Nie wsłuchiwaliście się w riffy na „Kill'em All”, wsłuchiwaliście się w rzeczy które zainspirowały riffy na „Kill'em All”. Gdy ludzie będą słuchać tego albumu z pewnością będą mogli rozpoznać wpływy Diamond Head, Iron Maiden czy Killing Joke. Czy tak właśnie było, słuchaliście tego typu muzyki z waszej młodości i to ona dawała wam taką energię?

JH: Cóż, ja takich rzeczy słucham i tak. Kiedy chce czegoś posłuchać to z reguły ma to związek z moją ulubioną muzyką z przeszłości. Co oczywiście nie oznacza, że nie słucham muzyki współczesnej lub nią się nie inspiruję. Jedną z moich zawodowych obaw jest zamknięcie się w jednym gatunku muzycznym i w kółko robienie takiej samej muzyki. Ilekroć nagrywamy album jestem gotowy na eksperymenty brzmieniowe. Takie podejście trochę w stylu Jimmiego Page-a: odrzućmy wszystkie reguły i spróbujmy czegoś zajebiście szalonego. Masz przykłady takiego podejścia w historii Metalliki, czasem to okazywało się dobrym pomysłem a czasem nie. Spójrz na np. „Nothing Else Matters” gdzie partie symfoniczne okazały się świetnym uzupełnieniem tego utworu. Z kolei w „Low Man's Lyric” nie wyszło to już tak dobrze. Tworzenie jest w mojej naturze, ekscytuje się tym i kiedy nie tworze czuję się... nie wiem, niegodny. W każdym razie gdy tworzę czuję się dobrze. Zatem gdy podczas nagrywania albumu pojawiają się takie nowe, oryginalne pomysły i ktoś rzuci: „O nie! Tego nam nie wolno zrobić” to mnie to bardzo zniechęca. Prędzej czy później powracam jednak z kolejnymi pomysłami, innymi czy może nawet lepszymi. Liczy się to co lepiej współgra z muzyką, z słowami do piosenki.

SC: OK, to zupełnie na serio, bo to może być zaskoczeniem dla wielu osób, kto taki zniechęca cię do wkładu w muzykę własnego zespołu?

JH: Nie no, bardziej miałem na myśli takie moje wewnętrzne rozterki. „Hej, czy słyszeliście co ja w ogóle mówiłem?”, albo „Chwileczkę, oni chyba mnie źle zrozumieli, może ja po prostu nie umiem tego przekazać we właściwy sposób. Cholera!” Ja i Lars zawsze musimy się jakoś dogadać i skoro mamy do tego jeszcze Grega i tworzy to taki swoisty trójkąt produkcyjny to naprawdę potrzebowaliśmy takich wspólnych posiedzeń gdzie mogliśmy obgadać sprawy. „Hej to mi się nie podoba. Wytłumacz mi dlaczego niby to jest takie świetne, jak sam twierdzisz. Ja tego nie widzę.” I vice versa: „Bardzo mi na tym zależy. Rozumiem, że tobie to słowo się nie podoba w tej piosence ale dla mnie jest bardzo istotne. Źle to brzmi jak śpiewam? Mam to w dupie! Zależy mi by dobrze to się śpiewało ale czasem użycie tego jednego słowa jest ważniejsze niż to jak to będzie brzmiało.” Tego typu sprawy.

Koniec części pierwszej.

Źródło: metallica.com
Tłumaczenie: Imperius

Waszym zdaniem
komentarzy: 3
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
outlaw
30.12.2016 10:09:17
O  IP: 91.236.4.54
To taki zmysł artystyczny, który wiedzie ciągle na nowe ścieżki, bo granie wciąż tego samego staje się nie do zniesienia. To wszystko nie przeszkadza w zataczaniu co 20 lat cyklu i powrocie do tego, co już robili. Powrocie przynajmniej do pewngo stopnia.
Imperius
29.12.2016 22:17:06
O  IP: 31.49.60.29
outlaw
He, he faktycznie, te słowa to woda na twój młyn. ;)

Ale to fakt niepodważalny. Tym właśnie różni się Metallica od reszty Big4 i masy innych kapel, które zaczynały w latach 80tych grając podobny rodzaj muzyki. Metallica eksperymentowała i zawsze gdzieś "szła" muzycznie a nie stała w miejscu. Wielokrotnie wychodziło im to na dobre i bez tego nie byli by tym kim są teraz. Do tego z całą pewnością nie byli ulubioną kapelą milionów... w tym i moją.

outlaw
29.12.2016 11:07:25
O  IP: 91.236.4.54
Te dwa fragmenty mi wystarczą:

"Jedną z moich zawodowych obaw jest zamknięcie się w jednym gatunku muzycznym i w kółko robienie takiej samej muzyki. Ilekroć nagrywamy album jestem gotowy na eksperymenty brzmieniowe".

"Zatem gdy podczas nagrywania albumu pojawiają się takie nowe, oryginalne pomysły i ktoś rzuci: „O nie! Tego nam nie wolno zrobić” to mnie to bardzo zniechęca".

OVERKILL.pl © 2000 - 2017
KOD: Marcin Nowak