W
I
Ę
C
E
J

«

N
E
W
S
Ó
W
Polskie recenzje Hardwired...to Self-Destruct
dodane 21.11.2016 21:11:25 przez: ElviS
wyświetleń: 1252
Nadszedł czas, gdy praktycznie już wszystkie szanujące się serwisy i blogi muzyczne zamieściły na swych łamach recenzje najnowszego dzieła naszego ukochanego zespołu. W ich gąszczu udało mi się wychwycić także wasze przemyślenia na ten temat, które w większości wydają się więcej warte od tych "super - profesjonalnych". Zapraszam do lektury.

Recenzje Overkillowiczów


outlaw
Cóż powiedzieć. Ta/taka płyta siedziała gdzieś w Metallikowej i mojej podświadomości chyba od czasów Loadów. Tu jest realizacja tego, czego nie udało się zrealizować na Loadach. Większa klarowność, brak wyraźnie słabszych utworów. Faktycznie w jakiś sposób mogłoby to być ogniwo pomiędzy BA a Load, ale na tym chciałbym skończyć zupełnie niepotrzebne porównania.
Bo płyta jest, koniec końców, naprawdę czymś zupełnie nowym. Metallica AD 2016, która nie musi oglądać się na lata 80-te ani 90-te. Momentami trochę popowa (z najlepszymi tego konsekwencjami), ale przede wszystkim niepowtarzalna i inna od czegokolwiek wcześniej w ich dyskografii. Nie ma sensu porównywać poszczególnych utworów i ich fragmentów do przeszłych songów i riffów, bo patrząc na to całościowo wyłania się nam zupełnie nowy obraz, dzieło 'sui generis'.
Gdyby nie małe zwiastuny tego, co może być i niektóre, co bardziej trafne, komentarze po wycieku, to nawet bym nie uwierzył, że tak może brzmieć nowa Metallica (znów ze wszystkimi najlepszymi tej niespodzianki implikacjami).
Co za głos Jamesa! Bez odrobiny przesady mogę powiedzieć, że to jego najlepsza płyta. Momentami wokale bardzo wykoncypowane i stale ambitne. Tak jakby doszedł do wniosku, że musi przenieść swój głos na wyższy poziom, spróbować rzeczy przed którymi się wcześniej zamykał, uważając się przede wszystkim za gitarzystę. Wielokrotnie nawet bym nie poznał, że to James. I znów mam tu na myśli wszystko najlepsze, co może się kryć pod tym sformułowaniem.
Jest w większości wolno - tak jak mi się marzyło. Często bardzo ciężko. Jest mnóstwo posępnej nuty a la Alice in Chains i Black Sabbtah. Nuty, którą uwielbiam. Większość porównań, które słyszałem, jeśli nie głupia, to niepotrzebna lub przesadzona. Am I Evil, Eye of the Beholder, Sad but true, Devil's Dance, The thing that should not be - no dajcie spokój. To bez sensu. W ten sposób można przyrównać wszystko do czegoś. A płyta już żyje własnym życiem. Czy fani starych płyt wszystko muszą do czegoś porównać? Czy muszą wszystko przepuścić przez filtry tradycji. Nie wtłaczać na siłę wszystkiego w stare ramy, bo od razu widać, że ta płyta łamie Metallikowe stereotypy, aż miło. Wszak to Metallica. Im bardziej ludzie to do czegoś przyrównują, tym bardziej wydają się mieć ograniczone horyzonty.
Lars? Może w refrenie Atlas Rise! mógł urozmaicić werbel innymi bębnami, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że w żadnym, ale to żadnym momencie z pozostałych kawałków jego gra mnie nie raziła. Kilka razy wręcz przeciwnie. W każdym razie nie widzę powodu do najmniejszej krytyki. Tę zostawcie sobie na występy live.
Kirk? Jak wyżej. Wszystko w porządku, a nawet lepiej. Zgadzam się z tymi, którzy pisali, że solówki są urozmaicone. Jest mnóstwo wah-wah, ale to pasuje do tych klimatów.
Płyta dla mnie może być chyba tylko gorsza, bo po pierwszym przesłuchaniu wydaje się po prostu niesamowita i jako taka, w tym momencie, po prostu najlepsza.
A że thrashowi ortodoksi narzekają bo nie dostali przynajmniej tyle mielenia, co na DM, to już ich problem. Metallikowym grzechem byłoby, gdyby przez te 8 lat nie zaszła w nich żadna ewolucja i zaserwowali nam DM 2. Tak, Metallica pozostała wierna. Wierna swej wywrotowej naturze, której jeśli nie pokochasz, to nie masz tu czego szukać. Pięknie i niepokojąco nas zwodzili przez kilka lat, powtarzając, że dostaniecie naturalną kontynuację DM. Do tego spięli całość thrashową klamrą (Hardwire, Spit Out the Bone) i w takim opakowaniu siurpryza gotowa.
O fuck! to najlepsza niespodzianka od Metalliki, jaką kiedykolwiek dostałem.
Ja przy pierwszym przesłuchaniu nie dostrzegłem żadnych autoplagiatów. Nic co by pod tym względem irytowało i nachalnie się narzucało. Środki wyrazu mogą być wielokrotnie podobne, bo to wciąż ten sam zespół metalowy, ale ogólny obraz każdego utworu, efekt końcowy jest inny od wszystkiego co przedtem.
Ja tu słyszę mnóstwo inspiracji współczesnymi młodymi zespołami. Przecież muzycy Metalliki mają cały czas słuchawki na uszach, są na bieżąco z tym co się dzieje w ich muzyce. To naprawdę słychać. James wielokrotnie śpiewa jak nie James w dobrym tego słowa znaczeniu.
Jeśli już musicie to do czegoś porównywać, to wspomnijcie na Alice in Chains, które jest częścią Jamesa i częścią tego utworu. Patrzcie na utwory jako całość, kompozycję, bo o to chodzi w muzyce. Starajcie się uchwycić perspektywę i ogólny horyzont w jakim można ulokować to nagranie. A ten jest zupełnie nowy, nie mam co do tego wątpliwości. Wyszukiwanie pod lupą wyimków, które rzeczywiście czy rzekomo naśladują stare rzeczy mija się z istotą rozumienia kompozycji jako takiej.
Dodam, że pisze to ktoś, kto jeszcze do niedawna całe dnie spędzał z gitarą, by nauczyć się prawie wszystkich utworów tego zespołu (z solówkami). Więc mechanizm skojarzeń u mnie raczej funkcjonuje.
Porównania do Load są tylko po części uzasadnione. Nie sposób oprzeć się wrażenie, że dla fanów starej Metalliki i thrashu wszystko ma charakter binarny i dwubiegunowy. Albo jest szybkie i mieli - wtedy jest thrash i kciuk w górę; albo jest wolne i wtedy musi być Loadem - palec w dół. Do cholery z taką siermięgą skojarzeń. Prymitywne to jak konstrukcja cepa. Wysilcie trochę mózgi i znajdźcie bardziej wyszukane skojarzenia. A najlepiej zaprzestańcie tych absurdalnych zabiegów.
Cieszcie się tym, że Metallica znów nas pięknie zaskoczyła. Niespodziankę uchowała do końca. Gdyby znów było z przewagą thrashu, byłbym zawiedziony. Zawsze kiedy wydaje mi się, że ten zespół nie może już niczego nowego nagrać, oni zadają temu kłam. Zwłaszcza tym razem.
Płyta miażdży.
Może to argument bez znaczenia i nieco głupio to brzmi, ale powiem jeszcze, że TAK - nowa muzyka bardzo przystoi Metallice. Przystoi facetom po 50-tce. Fani thrashu muszą się pogodzić z tym, że chłopaki mają głowę na karku i rozumieją, że nagrywanie na wskroś thrashowych albumów (abstrahując od tego czy wciąż czują tę estetykę) jest już dziś niemożliwe, jeśli chcą (Lars) te utwory grać live do 60-tki. Jasne, 2 rodzynki (Hardwired, Spit out the bone) dla miłośników lat 80-tych - jak najbardziej. Ale to rodzynki. Nie mam nic przeciwko, by Metallica wciąż otwierała i zamykała płytę takimi młodzieńczymi szaleństwami. Jest w tym jakieś oddanie sprawiedliwości starym płytom.

a7xsz
Z góry mówię, że np. MOP cały jest genialny, to nie ulega wątpiwości. A pewnie są kawałki (1-3), jakieś szczególne, które każdy dodaje sobie przy tworzeniu jakiejś setlisty. Co nie znaczy, że reszta jest zła, co nie ? :)
Tak samo tutaj.
Po iluś tam przesłuchaniach itd., nie patrzę oddzielnie stare kawałki i nowo słyszane, tylko jako całość, moje ulubione (które najczęściej słucham i najprzyjemniej oraz które dodam do stałej playlisty najlepszych kawałków Mety) to:
- Now That We're Dead (uzależnia jak sku**ysyn!!)
- Moth Into Flame (hicior genialny, na stałe w setliscie)
- Dream No More (moc, potęga, miazga). Początek trąci mi muzycznie Jasonem Newstedem, ale pewnie raczej nikt by nigdy nie wpadł na takie skojarzenie :P
- Halo On Fire czyli ballada :) Must Be. Wokal i emocje Heta! Czuję tu trochę klimatów z Garage. 3 ostatnie minuty to definicja piękna. Chodzi mi też o tą 1 minutę zanim nadchodzi ten motyw 2 min od końca. Napięcie rośnie, wszystko pasuje.
- Murder One Za całokształt.
- Spit Out The Bone Jest jazda :) Dziwne, żeby nie :P
Czyli 6 z 12, połowa. To chyba nie tak źle.
Z DM mam tylko All Nightmare Long (to już nawet ze STA miałem 4 razy więcej :P )
Reszta fajna, nie mam się do czego przyczepić. Wybrałem te, które dla mnie są najlepsze i ulubione.
ManUNkind - fajnie buja, xsnajbardziej "Loadowy" dla mnie z "Loadowych". Podoba mi się, ale przyznam szczerze, że nie łapie się na moje najlepsze. Refren trochę kojarzy mi się ze śpiewem przy ognisku na obozie surfingowym :P
Atlas jest b.dobry, solidny. AJFA. Trochę przydługawy, połamany. Potrzeba czasu na przyswojenie. Czas od 3 minuty do 4:50 to poezja, kiedy przechodzi się przez solo do tego genialnego motywu. Ale nie mogłem go dać, tylko przez wzgląd na jeden genialny motyw.
Płyta jest genialna. Mówię to ja, niby nadworny krytyk i maruda od lat. Płyta geniusz. Czemu? Krótko: jest prawdziwa.
Nie sklejana, nie kalkulowana, dokładnie taka jak ja kiedyś pisałem, że chciałem żeby była. Czyli Metallikowy metal nawiązujący do różnych lat, ale przedstawione w świeżej, nowej formie. I nie ma ani jednej kopii , kalki.
Są trashowe killery, są genialne solówki i jest pełzający, ciężki, hewi staf nawiązujący trochę do BA i Lodów, choć bez country i dziwacznych efektów (choć mi osobiście tamte się podobały). Więc, zdecydowanie mocniejsza wersja Loadów, no i jak już to wyciągnięte najlepsze rzeczy, a nie najgorsze. Przypomina, że nie ma tu Mama Said 2, a niektórzy płaczą że za dużo Load, więc dupa i gorsze niż "świetny" DM.
Dla mnie każdy kawałek prawdziwy, szczery niezależnie w jakim stylu i w jakiej prędkości, stoi wyżej w hierarchi niż sklejka (w domyśle LoS i większość DM).
Ponadto płyta jest różnorodna, więc nie jest tak, że HET ma deprechę i tworzy smuty a la Load, bo mamy mega killery, melodyjny hicior (Moth) itd..

Blaack
Po przesluchaniu 'Now that we..', 'dream no more', 'halo on fire' miałem złe przeczucie że album zbytnio idzie w strone loadów, co prawda te loady sa tutaj cięższe ale to dalej te klimaty. Jednak gdy przesłuchałem drugie cd to ulżyło mi bo tu juz mamy konkretny metal. Album bardzo fajny jako całośc, różnorodny, kazdy kawałek cos w sobie ma takiego że się go zapamiętuje. OGROMNY plus za to że kawałki są spójne i nie czuc ani przez chwile ze cos jest posklejane jak bywało na DM. Kirk mógł bardziej się postarac to prawda, Lars daje radę bardzo fajnie, są przejscia, zmiany i jest naprawdę ok. Ogólnie uważam ze drugie cd jest nawet troszkę lepsze. Na koniec SPIT OUT THE BONE - zbieram szczęke z podłogi juz piąty raz. Chyba ją tam zostawię bo mam zamiar jeszcze tego utworu kilka razy posłuchac i nie chce mi się znowu schylac. Ja nie wiem co oni brali jak to pisali ale niech biorą więcej. Album jako całość 8/10 głównie za to że jest różnorodny, kawałki są spójne i jestem pewien że z czasem podejdą mi jeszcze bardziej tak jak Atlas Rise.

Corsar
Ja pier....wszego maja! Co za płyta! Po trzech singlach, czułem pismo nosem, że to nie będzie zwykły krążek, że może stac się ( u mnie) jednym z najlepszych dzieł Metalliki. I tak się też stało.
Zacznę od tego, że dzis dostałem info od Empika, że płytkę mogę już odebrac. Kurde, zaskoczenie z samego rana, bo wpierw mi pisali, że dopiero 21-22 listopada dostanę, czyli ładnych parę dni po premierze. Znając już treśc płyty dzięki klipom, wiedziałem, że ten album zawładnie mną. Zaraz po robocie podjechałem pod sklep, odebrałem płytę i w domu załączyłem..........Odleciałem! Łaaał, co za moc, co za intensywnośc. Muzyka z klipami zupełnie inaczej jest postrzegana niż bez obrazu. Videosy nie każde mi przypadły do gustu, np. obraz do ManUNKind jest dla mnie nie zrozumiały, nie wiem co to ma byc. co do oprawy muzycznej, to na filmie, jak i na płycie ten kawałek jest dla mnie średni i najsłabszy ze wszystkich. Najlepsze wg. mnie klipy powstały do Revenge, Dream, Halo i Bone. Muzyka w/w pozycji wymiata! Na płycia, jak i w klipach porwały mnie za pierwszym razem. Dead jest kolejnym kawałkiem soczystego metalu, który chcę żrec jak sęp padlinę!:D To jest tom/ Savage i Murder to przyzwoite utwory, które się fajnie słucha i wcale się nie nudzę ich obecnością. Muszę tu zaznaczyc wielkiego nieobecnego na głównej płycie, ale dodanego w bonusach, kontrowersyjnego - Lords of Summer. Klip mnie powalił, jest tak prosty i tak genialnie zrobiony. Pasuje do niego obraz koncertowy, bo jako pierwszy z tej sesji nagraniowej ujrzał światło dzienne i jest znany szerszej publicznosci. Co do samej muzy, to od 2014 roku broniłem tego monstrum, że ma potencjał na naprawdę dobry kawałek, tylko muszą go skrócic.....zrobili to o ok.1:30 min., ale co najważniejsze, to ponownie go wzięli na warsztat i podrasowali, poprawili parę rzeczy i teraz jest - może nie obecny w Main Menu - jak najbardziej pełnoprawnym 13. utworem Hardwired...To Self-Destruct! Myślę, że jakby się znalazło miejsce, to by go umieścili, stąd jest w bonusach, bo zasługuje na uznanie.
Suma sumarum jest tu dla mnie 8 bardzo dobrych, genialnych kawałków, 3 średnio-dobre utwory i jeden przecietny, którego bym jednak zamienił na płycie z wisieńką na torcie w postaci wymiatającego, odświeżonego Lords'a:)) Hardwired, Bone, Moth i Atlas to są już rozpierdalacze ekstraklasowi! Myślę, że z biegiem czasu utrwali się u mnie to wiecle pozytywne nastawienie na ten album. Tym bardziej, że po 8-miu latach Magnetic'a oceniam tak samo, jak po pierwszych przesłuchaniach.....Teraz tyle jest do słuchania i ogladania, że idę dalej się cieszyc z wielkiego powrotu Metalliki:).

edzio117
Cześć wszystkim, długo nie pisałem bo chciałem ochłonąć po przesłuchaniu albumu i co muszę powiedzieć to to, że nie mam okazji przesłuchania tej płyty a na pewnie nie w całości bo tak mi sie wkręciło "Halo on Fire" że nie słucham niczego innego. Ta piosenka to numer 1 na tym albumie i w sumie mogło by nie byc innych piosenek poza nią :) Polecam. Adam Małysz

Elvis-Król
Jestem właśnie po seansie wszystkich klipów. Panowie i Panie, przeca macie samochody w bone czy murder. Nie no żartuje. Pojadę teraz klasycznie po kolei.
Hardwired zwyczajny klip z zespołem, nic nadzwyczajnego, ale jest ok.
Atlas jest bardzo słaby, gdyby chociaż zrobili to na zasadzie NEM, a tutaj kompletna amatorka w montażu. Każdy z nas by tak zrobił, no chyba że o czymś nie wiemy i tam pojawią się te samochody.
Now that tutaj całkiem fajnie, klip typowo promocyjny mocno połączony z okładkami nowego albumu, jest gitara.
Ćma kopia hardwired, tyle że trochę bardziej ambitna. Też gitara.
Halo beznadziejne i nudne. Ledwo do końca dociągnąłem, gdyby nie epicka końcówka ze strony muzycznej bym to wyłączył.
Ps chłopaki adekwatnie do tytułu mogliby sobie tutaj jaja zrobić. Każdy z nich na chacie ma xboxa, trzeba było we czwórkę umówić się przed jednym i nagrać cały swój meczyk z wstawkami na nich jak się wkurzają ;)
Ps2 na nonsensopedii jest napisane, że komuś się gra halo nie spodobała i stąd ta pieśń ;)
Confusion nie mam nawet co pisać. Kawałek słaby i klip tak samo denny. Też się znudzić idzie mocno.
Manunkind nawet wesołe z żartem i jajem. Ale byłoby jeszcze zabawniej, gdyby zamiast aktorów chłopaki z zespołu zrobili sobie taką charakteryzację i sami wystąpili w takiej roli :D
Revenge niezła psychodela, trochę jak bajka dla dużego dziecka z psycholem w roli głównej. Wielu dzieciaków przed snem na dobranockę po takim seansie miało by koszmary i spać by nie mogło. Jest spoko w oko.
Savage też jakiś dziwny twór o gościu, który ewidentnie kwalifikuje się do zakładu "wesoły czubek", nie podoba mi się.
Murder życie pewnego szanownego Rockmena w skrócie. Chyba ok, choć jestem ciekaw jak będą się zapatrywać na to fani Motorhead? Kumple z zespołu czy nawet jakby to sam Lemmy odebrał. Bo jednym słowem klasyka dziwki, alkohol, hazard, ćpanie i pompowanie :D
Bone bardzo fajny klimat, wręcz fallout bądź stalker. Lecz efekt całego klipu psują tymi czerwonymi pajacami i efektami tej walki. Do momentu walki bardzo mi się podoba, potem już w ogóle.
Los czyli znów koncertowa klasyka, jest ok, a kawałek do bani. Bardziej mi wchodziła "oryginalna" wersja.
Co do reszty może atlas dostanie rasowy klip lub może do kawałków z cd3 jeszcze coś dokręcą?
Bonus w postaci BM od Hardwired mile widziany, czekamy Panowie na kolejny prezent.

frantic81
Hardwired....To Self Destruct
Jestem po pierwszym przesuchaniu i jeśli pozwolicie to podzielę się moją opinią.
Przede wszystkim album brzmi dobrze, gitary są przyzwoicie przesterowane, nie ma przekręconej głośności (do stref pierdzenia jak na DM), brzmienie perkusji przywodzi na myśl początki lat 90-tych a bas jest wyraźny i dobrze brzmiący.
Całe spektrum brzmienia albumu bardzo przypomina... i tu proszę nie strzelać ;)...
ostatni album Megadeth, Dystopia. Stylistycznie również :P
Jest ciężko, heavy metalowo i genialnie.
Co do treści to na razie najsłabsze są dla mnie:
ManUNkind, Am I Savage, Confusion, Murder One.
Być może nie skumałem jeszcze tych kawałków ale coś mi w nich przeszkadzało w pierwszym odsłuchu. Reszta dobra ze świetnymi jak dla mnie: Now That We're Dead, Spit Out The Bone i oczywiście Moth Into Flame. Hardwired daje radę jako szybki i niezbyt skomplikowany otwieracz a po nastym przesłuchaniu nawet Atlas, Rise! mi co raz bardziej pasi ;) Ogólnie album sprawia wrażenie hołdu dla najwiekszych ze sceny: Black Sabbath, Ozzy Osbourne trochę Iron Maiden i tak jak wspominałem wcześniej, Megadeth z ostatniego krążka.
Jak dla mnie jest to artystycznie i brzmieniowo najlepszy autorski album Metalliki od 19 lat.
Pozdrownie dla wszystkich, którzy mają podobne lub inne zdanie ;)
Ja wracam do kolejnych odsłuchów Hardwired....To Self Destruct.
Peace!
frantic81

krzymo
Podzielę się kolejną refleksją. Przy drugim odsłuchu przy Hardwired, Atlas, Moth i Spit pomyślałem "wow, to naprawde klawe utwory". Natomiast na resztę jakoś łaskawiej spojrzałem. Nawet dają radę, jest tam kupa dobrych riffów. Przy pierwszym słuchaniu oczekiwałem metalowej (czy nawet thrashowej) płyty i srogo się zawiodłem. Drugi raz podchodziłem do albumu jak do słabeusza i byłem pozytywnie zaskoczony, że to jednak mocna pozycja, tyle że niekoniecznie metalowo-thrashująca (chociaż Hardwired i Spit mają tego kopa).
Ale oprócz dobrych riffów jest parę słabych momentów moim zdaniem. Fragment Dream no more (you turn to stone) jakoś mi nie wchodzi. Za cienkie uważam też zwrotki w Here comes revenge. Murder One trochę przynudza, ale po przyspieszeniu o jakieś 50 bpm mógłby być fajny. Tylko ten nieszczęsny Am i savage jakiś lichy jest, chyba za bardzo mi śmierdzi Loadami. Gdzieś mi się ciągle kojarzy z Carpie diem baby, który swoją drogą uważam za jeden ze słabszych punktów ReLoad.
Natomiast muszę przyznać, że wokale rzeczywiście są dobre. Momentami zbliżają się do tych z czasów Loadów/Garage (ta charakterystyczna barwa, te "Oooh! Yeah!" - nie wiem, czy ktoś wie, o czym mówię. Wokal Heta był wtedy taki drapieżny, z wiekiem trochę się wyczyścił, a szkoda). Szkoda, że tylko momentami, a nie w całych utworach, ale dobre i to.
Myślę, że solidne 7/10, które wystawił pan z brytyjskiego Metal Hammera, jest uczciwą oceną. Nie jest to album genialny, więc nie 10/10. Nie wyrywa z butów, więc nie 9/10. Bardzo dobrym też nie mogę go nazwać, więc i 8/10 odpada. Słabowity też nie jest, więc 6/10 to trochę mało. Zatem 7/10 pasuje mi tu dobrze, bo to dobry album, choć niezbyt metalowy, czego spodziewałbym się po kapeli z "Metal" w nazwie. Gdyby tak przyspieszyć Murder One o 50-60 bpm, wyjebać Savage i zamiast tego wstawić Lords of summer, to spokojnie dodałbym do oceny.
Rada dla debiutantów: nie należy oczekiwać albumu thrash metalowego, wtedy nie ma rozczarowania i można docenić to, co jest naprawdę dobre w tej płycie.

Metallina21
Stało się! Nowy album ujrzał światło dzienne...
Nie mam jeszcze swojego egzemplarza, ale kiedy trzymałam wydanie w dłoniach to ogarnęło mnie takie uczucie, że to się nie dzieje naprawdę :) 8 lat...
Ale warto było czekać!
Moim zdaniem płyta jest fantastyczna, mocna, trudna, momentami pięknie ciężka aż ślinka cieknie (Am I Savage, riff od 4:12 - m/) i bardzo równa, co jest dla mnie szczególnie ważne.
Na etapie singli mocno trzymał mnie Moth, sądziłam, że ten numer niełatwo będzie przebić i pewnie pojawią się jeszcze z 2-3 takie na albumie a reszta będzie średnia. Tego się bałam, że single to najlepsze co mają. Jak dobrze jest się tak rozczarować :) po kilkukrotnym przesłuchaniu do Moth rzadko wracam, ciągle zatrzymuję się przy Halo On Fire, Now That, Am I Savage, Spit....Spit to prawdziwy killer, piękny akcent na koniec albumu i przypomnienie, że choć robią teraz co chcą (bo mogą) to nie zapomnieli, jak się gra thrash! :) Bardzo fajnie w kontekst całej płyty wpasowuje się Atlas, ma świetne miejsce w kolejności. ,,Nowa" wersja Lords sprawia, że ten numer zaczął mi się w ogóle podobać.
Za najsłabsze punkty uważam Confusion, ManUNkind i niestety Murder One, który - choć ma fajny klip to muzycznie prezentuje się - jak dla mnie- średnio. Jeszcze nie mam zdania, który z nich jest na ostatnim miejscu, choć klip do ManUNkind bardzo pomaga w tej ocenie, bo jest po prostu beznadziejny. Skandynawski black jest mi bardzo bliski, ale do takiego obrazu przekonywać się nie mam zamiaru, to coś strasznego.
Płyta wzbudza zatem we mnie wiele emocji, często skrajnych, inspiruje i oczyszcza.
Bardzo, bardzo się cieszę, że jest właśnie taka, że wyciąga środkowy palec w stronę hejterów i broni statusu Metalliki, jako NAJLEPSZEJ kapeli w historii metalu właśnie dlatego, że każdy album jest inny i każdy jest ,,jakiś".
Kocham mocno i cieszę się, że nigdy w NICH nie zwątpiłam m/ :)

MonsterOfMetal
W mojej opinii po przypadkowym gdzieś tam zasłyszaniu, pierwsze refleksje: Album BARDZO dobry!
Zgadzam się w pełni z opinią Creep'a na temat albumu.
Halo on fire wg. mnie mistrzostwo, gdyby był o minutę krótszy, to jeden z najlepszych kawałków jaki Meta kiedykolwiek nagrała :)
Now that we're dead świetne.
Dream no more wyśmienty , bardzo ale to bardzo Loadowy, tylko zdecydowanie cięższy. Wokalnie bardzo loadowo, eksperymentalnie wręcz, na duży plus.
Confusion wolniejszy ale ciężki, jak dla mnie wprawia w taki klimat takiego The god that failed z czarnego.
W każdym razie nie będę sięwypowiadał na temat całego albumu, np. odnośnie takiego Spit out the bone, bo już powiedzieliście na temat tego kawalka wszystko :D (wokal genialny)
Ogólnie super , że płyta jest różnorodna i nie na jedno kopyto.
Podsumowując James wokalnie na albumie w najlepszej formie od 20 lat.
Mówiąc krótko jak dla mnie BRAKUJĄCE OGNIWO POMIĘDZY CZARNYM A LOADAMI, mogłoby spokojnie wyjść w 93 albo 94 roku i kopałoby dupsko.

the_Rock
Now That We're Dead - jakież to inne od Death magnetic.. Jakież to dobre :-D
Nawet długość kawałka nie wadzi. Kirk w dobrej formie, mówcie co chcecie. On jest tu od grania solówek i robi to tak jak lubię. Fajny środek, taki koncertowy, aż słychać tłum skandujący: hey hey hey... Forma Hetfielda najlepsza od 98!!!
Sporo się dzieje, a jednak riffy są bardzos spójne.
Oby reszta kawałków trzymała ten poziom!
DREAM NO MORE - ten riff znamy filmiku, w którym Lars oprowadzał nas po studio z kamerą. Ciężkie bydle, strojenie pewnbie jak w Minus Human - chyba dropped C#?. Wokal Heta jak dla mnie zaskakujący. Pierwszy raz pokombinował w ten sposób z barwą od Where the Wild Things Are. Ogólnie kolos. Ciężkość i lekka psychodelia w stylu Devil's Dance.
Bardzo spójny i chwytliwy. Hammett na plus!! Podobnie jak w latach 90 potrafił tu zbudować solo nieprzekombinowane, a jednocześnie świetnie wpasowane klimatem...
Halo on Fire - pierwsza ballada.
8 minut, a jednak nie ma tu zapętleń, przeciągnięć i zbędnych powtózeń. Sporo sie tu dzieje. Musiałem dwa razy tego kawałka posłuchać bo trudno ogarnąć za pierwszym razem co się tu dzieje. Intro w stylu Ćmy, czyli zgrabne harmonie gitarowe. Potem robi sie na chwilke lekko, sielankowo, bez przestera - jak w czasach Loadów. Ale te refrenowe, ciężkie gitary to zupełnie nowa jakość. Ni to Black Album, ni DM... To taki HARDWIRED po prostu. W połowie utworu mocno zmienia się melodia prowadząc nas w rejony BA. Hammett znowu pozytywnie. Szczególnie środkowa solówka udowadnia, że ciągle ma to coś. A potem utwór ZNOWU diametralnie się zmienia. Robi się bardziej przebojowo (ciągle ciężko), a Hammet odwala naprawdę dobrą długą solóweczkę jak w Fade to Black.
Confusion - o wojskowym rytmie pisali już chyba wszyscy. Ale taki jest tylko wstęp i końcówka. Całość utworu to coś rodem z NWOHM z Metalikowym pazurem. Nie mówię, że jest to słaby utwór, acz na tle pozostałych ten wypada tak sobie.
ManUNkind - najpierw pojawia się delikatny, słodki wręcz wstęp z czystą gitarką bez przestera i basową solówką bez perkusji.. ale za moment solidne gitarowe riffy brutalnie każą Ci się ocknąć. Nie spać, zwiedzać!!!
Całość utworu ciągną bardzo melodyczne i chwytliwe riffy. Bardzo różne riffy - bo sporo się tu dzieje. Rzeczywiście drugi krążek jest bardziej progresywny niż pierwszy. Na szczęście chyba nie jest z tym posklejaniem tak źle jak na DM.
Zwróciłem uwagę na zabawę echem w wokalu Jamesa. Fajne smaczki. Na DM było pod tym względem starsznie monotonnie.
Whammett znowu sie popisuje i stara się robić to tak, aby żadne dwa sola na tej płycie nie były podobne.
HERE COMES REVENGE - kolejny solidny kawał hard rocka. Zwrotka, powolna, klimatyczna, niepodobna do tego co dotychczas stworzyła Metallica, a refren szybki, cieżki i melodyczny. Refren to taki trochę FUEL gdyby na siłe szukać porównania.
Co ważne: spójne, nieposklejane, nie dead-magnetikowe! We wstępnie słyszę riffy które znamy z lULU (dragon?).
AM I SAVAGE? - subtelne i lekkie intro, potem już ciężej: wchodzą jakby Black Sabbathowe riffy.
Fragment tego kawałka był na zapowiedzi płyty. W jednym momencie James jakby naśladował Mustaina. Słyszycie to??? Kolejny fajny smaczek. Ogólnie album jakby lekko przystopował. Jest naprawdę fajnie, spójnie, poukładanie, ale pierwszy dysk mi zrzucił kapcie, a drugi póki co, nie.
MURDER ONE - chyba nowy koncertowy rozpierdalacz. Po krótkiej zabawie w lekko-ciężko-lekko-ciężko wchodzi rytmiczne granie w tempie Enter Sandman i ciężkością SBT.
Publika będzie ładnie rytmicznie skakać :-D Prosty i Konkretny kawałek. Nawiązania do Motorhead tylko tekstowe.
SPIT OUT THE BONE - woooooooaaaaaaaaa! Co to było! Chłopaki chcą zabić Larsa jednym super szybkim kawałkiem???? Na koncercie nie da rady facet.. 7 minut? Tylko automat da radę. Albo skrócą go do 3 minut.
To takie Battery i My Apocalypse w jednym...To drugi utwór gdzie Rob dostał kawałek przestrzeni ( Gra tu fajny przesterowany basik).
A więc: Pierwszy dysk lepszy od drugiego to fakt.
Drugi dysk jest i tak lepszy niż STA, Reload, LULU, DM i BM. Bez wątpienia.
HTSD to naprawdę solidny album. SPÓJNY, energiczny, klimatryczny, różnorodny...
Brawo Metallica!!!! Brawo!

Veel
Wstepnie przesluchalem nowyvl album i Metallica zawiodla moje oczekiwania. I cale szczescie :) po pierwszych kawalkach oczekiwalem kopi DM i ogolnie myslalem ze Meta sie juz raczej wypalila. Milo sie zaskoczylem sluchajac dalszy material. Zdecydowanie bardziej do mnie przemawia niz pkerwsze single.
W nowym albumie sluchac troche loadow (i dobrze!) slychac troche innych albumow ale sa tez kawalki ktore brzmia jak cos nowego w wykonaniu Mety. Jak np. "now that we're dead" cos takiego w wykonaniu Mety nie kojarze a zmiazdzylo mi czaszke :)
Nie jest to geniealny album jak staro-metallicowe krazki (gdzie kazda sekunda dzwieku to zloto) ale napewno cos jeszcze wnosi do meetallicowego universum muzyki. Ciesze siem ze pomylilem siem. W takiej formie to mam nadzieje ze nasze "dziadki" jeszcze jedna pytke splodza..


Recenzje polskich krytyków i dziennikarzy muzycznych


antyradio.pl - Robert Skowroński
12 kompozycji rozłożonych na 2 krążki dających w sumie 77 minut muzyki. Czy to szczęśliwe siódemki dla Metalliki i nowego studyjnego albumu zespołu?
Do tej wyliczanki można dodać jeszcze jedną liczbę - 8. Właśnie tyle lat przyszło nam czekać na następcę „Death Magnetic”. Niektórzy przestawali już wierzyć, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym poznamy premierowy materiał od grupy z San Francisco. Inni przez ten czas stracili szacunek do Metalliki i odwrócili się do niej plecami twierdząc, że dawna legenda zaczęła już tylko odcinać kupony i żerować na zawartości portfeli fanów poprzez liczne wydawnictwa mające zamaskować długi okres milczenia.
W końcu pojawiły się nowe utwory i ponownie miłośnicy gitarowego grania podzielili się na dwa obozy. Dla części był to zwiastun powrotu do korzeni, dla innych kolejny dowód na twórczą niemoc formacji. Choć Metallica na „Hardwired... To Self-Destruct” nie przebija swoich najbardziej klasycznych dokonań, to udało jej się nagrać najlepszą płytę od 1991 roku. Nowy materiał to spojrzenie przez zespół wstecz na swoją karierę i oddanie ducha przeszłości w poszczególnych utworach. Metallica pozostała wierna własnej tradycji, ale jednocześnie niejako zdefiniowała siebie na nowo. Thrashowi królowie wrócili na tron.
Każdy zapaleniec Metalliki powinien tu znaleźć coś dla siebie, bo „Hardwired... To Self-Destruct” tworzą zarówno rozpędzone kawałki, te w umiarkowanym tempie, a także te z wpadającymi w ucho liniami nadającymi im przebojowości. Może i brak tu takiej agresji, jak na „Kill 'Em All” czy takiego hitowego potencjału, jak na „Czarnym Albumie”, ale zespół postarał się znaleźć złoty środek między tymi dwoma wytycznymi.
Otwierający całość „Hardwired” aranżacyjnie pozostaje ubogi, ale przypomina, że James Hetfield i spółka to nie tylko spadkobiercy Black Sabbath i Deep Purple, ale też punkowych kapel - właśnie w tym duchu został utrzymany pierwszy kawałek. Wykrzyczany refren, prosty rytm i niewiele bardziej skomplikowane partie gitary, a jednak tak rozpędzonej Metalliki dawno nie było dane nam słyszeć. 10. album Amerykanów zaczyna się potężnym ciosem, ale i na do widzenia otrzymujemy takowy. Zawierający bliźniaczo podobne intro oraz riff „Spit Out The Bone” może i jest kalką wymienionego „Hardwired”, ale z bardziej urozmaiconymi rozwiązaniami aranżacyjnymi i zmianami tempa. Z kolei wstawka z przesterowaną partią basu Roba Trujillo w tym numerze sprowadza nad całość ducha Cliffa Burtona.
Nawiązania do thrashowego rozdziału w historii Metalliki to nie wszystko, bo jest też wycieczka w lata 90. i okresu z płyt „Load” i „Reload”. Do tamtego czasu przenosi nas sabbathowy „Dream No More” odwołujący się do mitów o Cthulhu z „przeciąganymi” partiami wokalu Jamesa Hetfielda czy też romansujący z bluesem w przesterowanej wersji „ManUNkind”. Oprócz „Hardwired” Metallica udostępniła też wcześniej „Atlas, Rise!” i „Moth Into Flame”. Pierwszy z nich to ukłon w stronę Iron Maiden i gitarowych harmonii, drugi zaś to bodaj najbardziej chwytliwy utwór z płyty z refrenem mogącym podbić listy przebojów.
Na „Hardwired... To Self-Destruct” nie uświadczymy żadnych ballad, chyba że za taką wziąć „Halo On Fire” ze spokojniejszymi zwrotkami, nie ma tu też kompozycji instrumentalnych, jest za to hołd złożony Lemmy'emu w „Murder One”, który przecież miał ogromny wpływ na twórczość Metalliki. To kolejny utwór w umiarkowanym tempie zbliżający się do dokonań Black Sabbath, zaś tekst tworzą odniesienia do dorobku Motorhead. Lemmy z pewnością by się zasłuchiwał przy popijaniu kolejnych szklaneczek whiskey.
Na co cierpi 10. studyjny album Hetfielda, Ulricha, Hammetta i Trujillo? To dość trudny krążek w odbiorze, wymagający od słuchacza kilkukrotnego przesłuchania, aby go w pełni docenić. Nie pomaga długość utworów, które przynajmniej w części wydają się niepotrzebnie przeciągnięte, a nawet przekombinowane (dotyczy to w szczególności drugiego krążka). Użycie tu i ówdzie nożyczek przyniosłoby jedynie pozytywne skutki. Wypadkowa thrashowości i melodyjności Metalliki z lat 90. wniosła nową jakość, choć można narzekać, że Lars nie rozwinął się jako bębniarz, a może i zaliczył regres czy że solówki Hammetta nie mają już tego czegoś, co sprawiało, że nuciło się je pod nosem. Wielu wciąż będzie twierdziło, że Metallica skończyła się na „Kill 'Em All”, ale równie liczne grono powinno uznać, że zespół narodził się na nowo wraz z „Hardwired... To Self-Destruct”.
Ocena: 3,5/5

cgm.pl - Maciek Kancerek
Wciąż nie to.
Po latach eksperymentów i snucia opowieści o potrzebie rozwoju Metallica poddała się nagrywając płytę, której zadaniem było zadowolić fanów. Chcieli zrobić to już osiem lat temu, ale wówczas po chwilowym wybuchu radości szybko zaczęły pojawiać się głosy krytyki. Od "Death Magnetic" wielu odrzuciło brudne i chropowate brzmienie. "Hardwired... To Self-Destruct" wyeliminowało ten problem, nie ustrzegło się natomiast innych wad.
Lars Ulrich już w listopadzie 2010 roku składał pierwsze deklaracje o pracach nad następcą "Death Magnetic". Wówczas muzycy mówili, że nowy krążek ponownie wyprodukuje dla nich Rubin. Dopiero w marcu tego roku Kirk Hammett poinformował, że Metallica pracuje jednak z Gregiem Fiedelmanem, który przy poprzedniej płycie pełnił funkcję inżyniera dźwięku i odpowiadał za miksy. Poprzednim razem muzycy przyznawali, że zawierzyli wizji artystycznej Rubina, teraz dla odmiany zdecydowali się na producenta, który zamiast kreować oblicze grupy, po prostu wcielił w życie jej koncepcje. Od pierwszych dźwięków "Hardwired" słychać, że muzycy sprawowali pełną kontrolę nad swoim dziesiątym albumem, co zaowocowało krążkiem pełnym energii i pewności siebie.
Na nowym krążku Metallica chętnie sięga do własnej przeszłości. Najcięższy na płycie – i jeden z najcięższych w całej karierze – numer "Dream No More" zaczyna się bardzo podobnie do "Sad But True", rozpędzony "Spit out the Bone" ma w sobie coś z "Dyers Eve", wprowadzenie do "Murder One" to luźne zapożyczenie z "One", a w refrenie "Atlas, Rise!" słyszymy wyraźne nawiązanie do "Blackened", choć akurat w tym przypadku grupa wyraźnie kłania się również maidenowej stylistyce.
W założeniach "Hardwired... To Self-Destruct" miało być chyba wypadkową "Master of Puppets", "...and Justice for All" i "Czarnej". Z drugiej strony nie znajdziecie tutaj jednoznacznego odcięcia się od "Load" i "Re-Load", Metallica wciąż ma na uwadze te płyty zwłaszcza w kontekście ich brzmienia. Widać chęć godzenia starych fanów z tymi trochę młodszymi, ale do pełni sukcesu zabrakło większej ilości pomysłów. Podwójny album Metalliki przytłacza nie tylko ilością materiału, ale miejscami również jego jakością. Numery sprawiają wrażenie wydłużonych na siłę, zupełnie jakby zespół przychodził do fanów z komunikatem: "kazaliśmy długo czekać, ale za to dostajecie dużo muzyki". Sporo do życzenia pozostawia w tym względzie zwłaszcza drugi dysk z monotonnymi "Here Comes Revenge" czy "Am I Savage?". Słabo wypada będące hołdem dla zmarłego pod koniec ubiegłego roku Lemmy'ego Kilmistera "Murder One". Poza porządnym groovem nie ma tutaj absolutnie nic fascynującego, tekst sprawia wrażenie napisanego na kolanie. Piosenka nieco lepiej wypada w wersji z klipem, kiedy możemy ją potraktować jako ilustrację do animowanej opowieści o życiu lidera Motorhead, ale na płycie niestety kompletnie się nie broni.
Tyle jeśli chodzi o słabe momenty. Na szczęście tych dobrych również na "Hardwired... To Self-Destruct" nie brakuje. Znane z singli "Atlas, Rise!" i "Moth Into Flame" przynoszą nie tylko ogromną dawkę przebojowości, ale i urozmaicenia, stając się niemal wzorcowymi przykładami na to, jak powinno się pisać długie kawałki. Oba "dorobiły" się też fenomenalnych solówek Hammetta, które są niewątpliwą ozdobą całej płyty. Kirk zdradził niedawno, że nie miał wpływu na to, jak będą wyglądać nowe numery, dlatego skupił się właśnie na solówkach. Świetnie wypada wspomniane już "Dream No More" z Hetfieldem "jadącym" w zwrotkach Ozzym Osbournem. Numer zachwyca nie tylko ciężarem, ale też siłą prowadzących go riffów i – ponownie – partią Hammetta. Dobre wrażenie zostawia po sobie ponadto zamykający pierwszy dysk utwór "Halo On Fire". Wobec braku ballad na nowym albumie to właśnie utwór nawiązujący nastrojem do "Remember Tomorrow" z pierwszej płyty Iron Maiden służy tutaj za reprezentanta łagodniejszego oblicza kwartetu. Co ciekawe, wśród bonusów umieszczonych na trzeciej płycie znalazła się też metallikowa wersja "Remember Tomorrow", którą mogliśmy wcześniej usłyszeć choćby na wydanej przez magazyn "Kerrang" płycie-hołdzie dla Ironów "Maiden Heaven". Na sam koniec zespół zostawił perełkę. To nie pierwszy raz w historii, kiedy Metallica zamiast dać na koniec odrobinę wytchnienia, dobija przeciwnika serią morderczych pocisków. "Spit Out the Bone" to właściwie jedyny powód, by wkładać do odtwarzacza drugi dysk.
Gdyby Metallica wydawała płyty częściej, "Hardwired... To Self-Destruct" nie musiałaby mierzyć się z rosnącymi przez osiem lat oczekiwaniami. Z jednej strony trudno narzekać, kiedy zespół wydał najlepszy album od 25 lat. Z drugiej wciąż nie jest to płyta na miarę klasycznych dokonań kwartetu. Można ją za to traktować jako optymistyczny prognostyk przed kolejnym krążkiem, choć patrząc na to, w jakich bólach rodziła się dziesiąta płyta, jedenastej fani mogą już nie doczekać.
PS. Edycja deluxe zawiera dostępny od dwóch lat utwór "Lords Of Summer", który z powodzeniem mógłby zastąpić połowę numerów z podstawowego wydania. Metallica daje nam jeszcze znane z innych wydawnictw covery Iron Maiden, Deep Purple i Dio, a także kilka kawałków zagranych podczas tegorocznego Record Store Day w sklepie Rasputin w kalifornijskim Berkeley. Dla fanów przyzwyczajonych do stadionowych koncertów Metalliki taki występ musiał być przygodą życia, jego zapis jest za to atrakcyjną ciekawostką, dla której warto sięgnąć właśnie po poszerzone wydanie. Tym bardziej, że na deser kwartet dorzucił pierwsze w historii koncertowe wykonanie "Hardwired".

dziennik.pl - Marcin Cichoński
Zostali zmuszeni, by dosłownie i w przenośni walczyć o przetrwanie. Widzieliście taką historię nie raz: stary mistrz wchodzi do ringu wiedząc, co potrafi, ale i z delikatnym strachem: bo lata lecą, a czasy się zmieniają. Jeśli rozejrzymy się teraz po światowej scenie muzycznej to werdykt wyda nam się mało prawdopodobny. Ale Metallica znów wygrała. Po ciężkiej walce, na punkty i na pewno niejednogłośnie… Ale wygrała.
Punktem zwrotnym były ponoć dla zespołu raporty od księgowych po premierze filmu "Metallica: Through The Never". Kosmiczne efekty, kamery, które robią cuda, przeboje, które wszyscy znamy, a jednak zamiast pełnej kasy był finansowy klops. W poważnej prasie, czyli takiej która bierze pod uwagę oba człony terminu show-biznes, pojawiły się nawet analizy mówiące, że Metallica jest blisko bankructwa. Nie były to pierwszy taki przypadek, kiedy artysta wielki traci wszystko, ale postanowiono walczyć. A że najlepszą metodą jest ucieczka do przodu…
Nie uprzedzając wypadków, zarysujmy jeszcze tło obyczajowe. Na festiwalach wystarczy facet z laptopem i laska w odblaskach z mikrofonem, by tysięczny tłum spijał słowa z ich ust. Na głównej stronie internetowej empiku, wciąż czołowego sprzedawcy płyt w Polsce, na zespoły takie jak Metallica nie ma miejsca. Kategorie tam obecne to: pop&rock, alternatywa, hip-hop, filmowa i nowe brzemienia. Na dumny metal, który przez lata był kołem zamachowym, bo fanów miał tak wiernych i oddanych jak teraz polski rap, zabrakło miejsca. Powiedzmy sobie wprost: metal dla wielu stał się synonimem obciachu. Do wspaniałych stosunkowo nowych twórców, jak np. Gojira nie dociera nikt poza niszami, a nowe nagrania starych, (posłuchajcie np. Iron Maiden) są parodią samych siebie, pośmiewiskiem pokroju Studia YaYo.
By więc zdobyć rząd dusz trzeba było nie tylko nagrać dobrą płytę. Trzeba było odwrócić trend, pokazać, że ostre granie ma prawdziwą, a nie tylko metafizyczną moc. Metallica od lat jest w tej sytuacji, że to w nią wpatrzone są oczy. Cóż z tego, że Slayer nagrał "Repentless", album, który przed dwoma dekadami na długie miesiące zawładnąłby wyobraźnią mas wywołując palpitację przedsionków od nastawionych na full wzmacniaczy. Cóż z tego, że wydany w 2013 roku album "13" Black Sabbath wbrew jakiejkolwiek logice był arcydziełem, krążkiem wybitnym i kompletnym, skoro ani w Faktach TVN, ani w Wydarzeniach na Polsacie ani tym bardziej w Wiadomościach TVP nie powiedziano o nim ani słowa. Jedynym zespołem, który byłby w stanie do odmienić – być jak Madonna i The Rolling Stones pokazywanym w tubach newsowych - był i jest kwartet z Kalifornii. Tak, chodzi mi o Metallikę.
Ale, cholera, z grupą był jeszcze jeden problem. Ludowa mądrość mówi bowiem, że nawet Zenek Martyniuk skończył się na "Kill ‘em All". Z taką etykietką ciężko iść do przodu, a to tylko – wybaczcie użycie najbardziej wyświechtanego w recenzjach związku frazeologicznego – wierzchołek góry lodowej. Bo przecież nie można zapomnieć o dyskusjach o tym, że Czarny Album to zdrada, że "St. Anger" to dziwadło przeogromne. Trzeba słyszeć wieczne dogadywanie najstarszych metali, że znać "Master Of Puppets" to przed wojną był punkt honoru każdego ułana, a teraz to tej etyki nie ma.
No i bądź tu teraz mądry i uratuj zespół przed klapą. By odwrócić wszystkie te trendy trzeba cudu. Albo trzeba być artystą wybitnym, ponadczasowym. I zapomnieć o tym, co kiedyś było najgorszym bólem formacji, a co obnażył dokument "Some Kind Of Monster".
Prace doktorską pewnie napisze niejeden magistrant o tym, jak doskonale zespół rozegrał internety. Formacja, która niegdyś sieć traktowała jako zagrożenie największe, teraz całą płytę de facto udostępniła za darmo przed premierą. Badania ukazujące, że kupujemy w sklepach płytowych to, co już znamy dały do myślenia. I ważna też była strategia. Kolejność ruchów.
Zaczęło się 18 sierpnia od "Hardwired". Singiel fanów metalu wprowadził w ekstazę. "Znów drżę jak nastolatek czekając na nową Metallikę" pisali w mediach społecznościowych ludzie, którzy zespół dawno spisali na straty. Bo klimatem formacja powróciła do produkcji kojarzonych z dwoma pierwszymi albumami, narzuciła tempo, szokowała korespondencją głosu z sekcją.
Następne dwa nagrania sprawiły jednak, że na nowo zbudowanym ideale pojawiły się rysy. Najkrócej rzecz można ująć tak, że tęsknota za "Kill ‘em All" przesłoniła i oczy i uszy. Bo "Atlas, Rise!" z każdym kolejnym przesłuchaniem zyskiwał, porywał gitarowymi wariacjami.
I ukazała się płyta. I okazało się, że zespół wszystkie fanów tęsknoty miał w… dokładnie tam. "Hardwired...To Self-Destruct" to płyta Metalliki, co słychać w każdym momencie. Jednak tyle samo tu z klimatu "Load" i "Reload" co z podjazdów w stronę "Ride The Lightning".
Na pewno zawiedzeni będą jednak ci, którzy oczywistych przebojów, takich jak w pamiętnym 1991 roku, się spodziewali. Tu nie ma następców ani kolejnej części "Unforgiven", ani "Nothing Else Matters". A o tym, jak bardzo uwolnili się od legendy "Enter Sandman" przekonaliśmy się oglądając słynny występ u Fallona (kto jeszcze nie widział, ten trąba). Najbardziej przebojowe wydaje się być "Now That We’re Dead", które najdobitniej operuje estetyką riffów i refrenów. Podobny patent odnajdujemy w "Halo On Fire", którego refren na pewno powtarzany będzie podczas zbliżającej się trasy.
Mamy jednak też zaproszenie do młyna pod sceną w postaci bezkompromisowego, jednego z najlepszych na płycie "Spit Out The Bone" (podobnego do pierwszego singla, czyli "Hardwired"), z tematem zbliżonym nieco do pamiętnego "The Shortest Straw". Mamy też podróż w stylistyki Metallice odległe, dzięki "Murder One" (ze wspaniałym, dedykowanym pamięci Lemmyego klipem) .
Najważniejszy jednak w albumie jest klimat i duch, którego ostatnie dwa krążki studyjne, będące – jak teraz widać – nieco rozpaczliwym poszukiwaniem sensu grania, były pozbawione. Wreszcie nastąpiło pełne zgranie na linii Ulrich-Trujillo. Wreszcie odpał w solówkach Hammeta jest jak za najlepszych lat. Ważna jest spójność płyty i chęć zmuszenia słuchacza do powrotu. Dopracowanie każdego dźwięku, delikatne szokowanie produkcją i skupienie się na konstrukcji kompozycyjnej czynią z "Hardwired... To Self-Destruct" album, który być może nie jest wielki (bo raptem tylko bardzo dobry), ale na pewno historyczny.
A już na pewno taki, który sprawia, że nie tylko ortodoksi będą dumni z tego, że słuchają metalu.

dziennikzachodni.pl - Marek Twaróg
Metallica, nowa płyta „Hardwired... To Self-Destruct”. Metallica ma 35 lat i ze trzy pokolenia fanów. Uwaga - w związku z tym dwie recenzje nowego albumu „Hardwired... To Self-Destruct”. Taki pomysł, by pogodzić jakoś wszystkich. Granica umowna: wiek 40+ i poniżej czterdziestki. Nie zgadzajcie się, proszę bardzo. Piszcie poniżej albo na Twitterze.

Metallica Recenzja „Hardwired... To Self-Destruct” dla starców powyżej 40 lat.
Dla Was Metallica to „Master of Puppets”, „Ride…”, a dla niektórych wręcz tylko „Kill ‘em All”. Oczywiście łapie się też „…Justice”, ale wciąż jęczycie, że nie ma basu, albo źle brzmi. Z czarnej płyty natomiast „Sad but True” i „Wherever I May Roam"” – wiadomo - ale przy reszcie kręcenie nosem. Wiem, jak jest. Główna wiadomość dla Was – to nie jest taka Metallica, jak kiedyś, nie mogła być, coś się dawno skończyło, świat się zmienił, myśmy się zestarzeli i James nie ma na twarzy trądziku młodzieńczego tylko bruzdy od Jacka Danielsa. To generalnie nie jest w ogóle thrash. Owszem, w tytułowym numerze, otwierającym płytę „Hardwired... To Self-Destruct”, znajdziemy to, co lubimy. Jest dobry, szybki riff, numer jest dość krótki, kopie i jest w porządku. Świetny dobry riff znajdziemy też na „Moth Into Flame”. Tam gdzie James wrzeszczy „Light it up!” jest wręcz pięknie, niestety potem wchodzi refrenik jak z Bon Jovi i czar pryska.
Oczywiście mamy też „Spit Out The Bone” – bardzo dobry. Jakbyśmy się przenieśli w czasie do jeansów rurek i podrabianych białych butów marki „Reabook”. Tam słychać „Metal Militia” lub wręcz „Whiplash” (niektórzy odnajdą coś z "One"). Gdy niedawno Lars opowiadał w „Rolling Stone", że przy tej płycie gdzieś tam są ślady „Kill ‘em All” – to chyba właśnie tutaj. Większość numerów na „Hardwired…” jest za długich i rozpoczyna się od bezsensownie długich przygrywek. Ale – powiecie – przecież „…Justice” też miała pokręcone numery i było tam pięćset riffów jeden po drugim. Owszem. Tam jednak coś się działo – odpowiem enigmatycznie. Tutaj po prostu takt po takcie na początku to samo, jest to dość irytujące. Duża część tych kawałków powinna zaczynać się gdzieś od jednej trzeciej – byłyby lepsze. No dobrze, nie ma szybkości, nie licząc dwóch numerów i kilku riffów w kolejnych trzech. To może jest ciężko. Co? Marzy mam się drugie „Sad But True”? Posłuchajcie „Murder one”. Gdyby Rick Rubin nagrywał to tak jak dwadzieścia lat temu, dodał dołów i jeszcze zwolnił, mielibyśmy coś na kształt drugiego, uwspółcześnionego „Sad But True”. Generalnie jest nieźle. I tu właśnie przy okazji „Murder...” trzeba dodać ważną, moim zdaniem, uwagę – Kirk Hammett. Wielki Kirk Hammett. Otóż Kirk Hammett robi na tej płycie różnicę. Wrócił w wielkiej formie. Posłuchajcie solówki z „Murder” gdzieś w okolicach 4’20. Czy to nie klimat „To Live Is To Die” z „…Justice” – gdzieś tak z 3’25? Kirk brzmi bardzo dobrze. Ostrzej, drapieżniej, jest w tym wiele z „…Justice”, jednocześnie dorzuca sporo do swojego repertuaru stałych zagrywek. Przyznajmy, było sporo narzekania na „Death Magnetic”. Moim zdaniem – niepotrzebnych. Ale było. Przy słuchaniu tej nowej płyty można zatęsknić do riffów w stylu „Judas Kiss” czy „Broken, Beat and Scarred”. Świetny „My Apocalypse” odnajdziecie za to właśnie w kawałku tytułowym oraz „Spit Out The Bone”. Aha – i podarujcie sobie „ManUNkind”. Mnie się nie podoba, ewentualnie druga część znośna. No dobrze, kochani, co tam jeszcze z nawiązań do najlepszych czasów? Posłuchajcie „Confusion”. Znów za długa rozpędówka, ale potem – uwaga – potem przenosimy się do 1988 roku i słuchamy riffu z „Eye of The Beholder”. Świetne, to jest Metallica. Warto też zatrzymać się na „Dream No More”. Powiem Wam, że to na początku jest… Ozzy pełną gębą. Jest ciężko i brudno. Nie, no oczywiście, nie ma tam thrashu – jest dobry ciężki hard rock niczym z najlepszych lat dekady 70. A tam, gdzie James ryczy „You turn to stone” jest dobrze, ciężko, niczym na „The Thing that should not be”. W porządku, trochę przesadziłem. Ale to niezły utwór. Zwróćcie uwagę na 4’16 – może skojarzycie tę pauzę z przesławną ciszą z „Sad But True”, ewentualnie z doskonałym momentem na „The House Jack Built”.
Jeśli macie 40+, to teledyski do numerów was specjalnie nie grzeją, ani ziębią, choć Lemmy w „Murder One” na pewno Was wzruszy, a wstająca z łóżka dziewczyna w „Halo On Fire – rozczuli. Lecz trzeba widzieć, że taka akcja to jednak duża sprawa – klip do dokładnie każdego numeru i myk na strony internetowe zaprzyjaźnionych redakcji (w Europe m.in. „Bild” czy „Le Parisien”). Młodsi docenią.

Metallica Recenzja „Hardwired… To Self-Destruct” dla młodych, 40-, poniżej czterdziestki
To teraz do młodych. Gdy mowa o teledyskach, to na pewno docenicie „Murder One”, może nawet „Am I Savage” albo „Here Comes Revenge”. Ale muzyka, muzyka, najważniejsza. Dla Was Metallica to bardziej „Load”. Czarną oczywiście znacie, jak wszyscy, no i rzecz jasna słuchaliście „Death Magnetic”, choć osiem lat temu część z Was chodziła jeszcze do klas 1-3. Na „Load” i „Reload” wiesza się psy – bardzo niesłusznie, moim zdaniem. Są tam utwory wybitne i nie wyprę się tego, nawet jeśli po raz setny mnie utopią w szklance wody. Wybitne, jak na tamte czasy. Ktoś się nie zgadza? Posłuchajcie, do diaska, „2x4” albo wspomnianego już „The House Jack Built”, posłuchajcie „Bleeding Me” czy riffu z „King Nothing”. Nawet „Reload” ma perły, choć mało. Ale „The Memory Remains” to pomnik. Gdy słucha się „Harwired… To Self-Destruct”, odnajduje się sporo z brzmienia tych dwóch płyt. Podobnie zresztą, jak słychać riff z „Death Magnetic”. I trochę można zatęsknić za połową lat 90. Jeśli lubicie te zaśpiewy Jamesa, to z pewnością docenicie kawałek „Halo On Fire”, gdzie Hetfield pokazuje, że serio nauczył się śpiewać. Jeśli zastanawiacie się, o czym ja tu, do cholery, dyrdymalę, to zapytajcie starszego brata. Niech wam opowie, jak James śpiewał na żywo w 1991 roku pierwsze razy „Nothing Else Matters”… Dziś potrafi śpiewać. Wam, młodym, może to się podobać. (Nawiasem mówiąc – czuję tu potencjał na covery taneczne. Już to widzę - w dyskotekach na wschodzie Polski, z bitem z kompa i żeńskim wysokim głosem – niczym „The Unforgiven” kiedyś”.) Ale poważnie: to jest dobra płyta, choć będziecie rozeźleni z powodu długości numerów. Z pewnością odniesie komercyjny sukces. Nie sądzę jednak, że większość z tych utworów trafi na setlisty koncertowe. Gdybyście chcieli dowiedzieć się, jaki numer może pogodzić Was ze starą ekipą psychofanów Metalliki, tych 40+ - to myślę, że może to być „Am I Savage”. Jest tam i dobry riff, i totalnie skopany (w poczuciu starych) fragment, który jednak Wam może się podobać. Krótko mówiąc: to właśnie ten numer puśćcie starszemu bratu i się dogadacie.
PS Ten podział wiekowy… Wiem, przecież już nawet moje dzieci powinny przy takim rozróżnieniu zaliczać się do 40+, bo kochają starą Metallikę. Ale w ten sposób mogłem napisać więcej. Kupujcie „Harwired…”. To dobra płyta, bo jest produkcją największego zespołu metalowego wszech czasów.

kultura.wm.pl - Paweł Jaszczanin
Na wstępie muszę wyjaśnić jedną kwestię. Na kolejny album Metalliki czekałem od lat. To znaczy na początku. Bo z tym albumem przygód było co nie miara. Najpierw ogłosili całemu światu, że będzie. Ale zaraz… serio? Dacie go nam? Czy to żart? Potem Kirk Hammett zgubił telefon z riffami (TAAAA). Następnie data premiery – no będzie kochani, ale nie wiemy kiedy. To sprawiło, że przestałem czekać. No bo po co się niepotrzebnie denerwować? Ale kiedy jeszcze miałem oczekiwania to mówię sobie… cholera jeśli biorą się za płytę, to może będzie bomba?
Nie… co najwyżej odgrzewany kotlet. Przecież oni już na emeryturę, kupony odcinać, a nie za muzykę się brać. Ale hej, przecież to Metallica! Muszą mieć coś jeszcze do zaprezentowania, prawda? Te wszystkie rozważania skończyły się jedną prostą radą do samego siebie – nie miej wygórowanych oczekiwań, to się nie zawiedziesz. Oczywiście skończyło się na chęciach. Wszystko przez to, że świat obiegła informacja – płyta będzie jeszcze w tym roku. Szlag trafił olewanie. Ja po prostu musiałem czekać. Kolejne info – płyty będą dwie. 12 utworów. 80 minut muzyki. Cholera jasna.. to się nie może udać… Dużo się nie pomyliłem. W przypadku drugiego krążka. Ale może po kolei?
Otwierający płytę numer jeden „Hardwired” był tym na co czekałem. I sądzę, że nie tylko ja. To był ten podmuch lat 80-tych, którego chcieliśmy. Od razu zaznaczę, że nie chodzi mi o odtworzenie „Kill ‘Em All”. Bo po co? Chciałem nowości w starszym stylu – ich stylu, za który pokochałem zespół przed laty. Tekstowo mamy tu w sumie przedstawioną całą koncepcję wydawnictwa. Kwartet zadaje nam proste pytanie – na jakim etapie cywilizacji jesteśmy? Technologia steruje nami, czy my technologią? Odpowiedź należy do słuchaczy. Nie da się w tym miejscu nie wspomnieć również tegorocznej propozycji Megadeth pt. „Dystopia”. Ale wróćmy do Metalliki. Drugi utwór na pierwszym krążku to „Atlas Rise”, gdzie cichy głos mówi mi „Iron Maiden są naszą inspiracją”. I bardzo dobrze, bo wyszło super. „Now That We’re Dead” to już w ogóle jeden z moich ulubionych nowych kawałków.
Dozgonny szacunek zespołom, które potrafią grać prosto i interesująco. Refren jest mało metalowy, ale to nie jest wcale zarzut. Te riffy są świetne. Hetfield w końcu brzmi... jak Hetfield. Mimo to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Hammett po prostu skopiował solówkę z „Of Wolf And Man”. Ujawniony wcześniej singiel „Moth Into Flame” to też nawiązanie do poprzednich lat. I to całkiem udane, bo headbanging w pewnych momentach sam się włącza. „Dream No More” ma świetny riff. Tak samo zaczynają się powolne, ociekające metalem słowa piosenki. Ale refren jest już przeciętny, mimo fajnego podłoża muzycznego. Choć może nie powinienem się tak czepiać, bo całościowo wszystko wypadło całkiem fajnie. Czy tylko ja słyszę tutaj „The Thing That Should Not Be”? Nie, bo pytałem już innych o zdanie. Oczywiście zaraz się ktoś przyczepi. No bo, jak to tak? To w końcu zrobili coś nowego, czy odgrzali stare płyty? Według mnie to musiało tak wyglądać. Sam oczekiwałem nawiązań do starych płyt. Nie zrzynania, ale właśnie nawiązań. Pierwszy krążek zamyka „Halo On Fire”. Miało nie być ballad, ale przecież ja tu słyszę słodki wstęp… (co w sumie nie jest złe, bo ballady uwielbiam). Ale miało nie być, to o co chodzi? A o to, że gdy się już rozkręciło to wokal Hetfielda spowodował opad mojej szczęki. Spotęgował to świetny teledysk.
A właśnie, co do teledysków – według mnie idealnie podsumowuje je wczorajsze stwierdzenie zasłyszane w radiu: „Znów są o dwa kroki przed wszystkimi”. Wpuścili całą płytę do sieci (Napster lubi to) a i tak po fizyczne nośniki ustawiają się tłumy. Czy w dobie ściągania muzyki na potęgę nie zasługuje to na pochwałę? Klipy są zresztą świetne. Szczególnie te animowane. Ale nie będę się nad tym zbytnio rozwodzić. Ocenę zostawię Wam.
Omawianie drugiego krążka z „Hardwired… To Self–Destruct” chciałem opóźnić. No cóż – wspominałem, że to się nie może udać. „Confusion” – tytuł idealny, bo nie wiem kompletnie jak to zrobili. Riff jest świetny, ale potem niepotrzebnie zwalniamy. Z tekstem też nie jest najlepiej. To znaczy z wyśpiewywaniem, bo słowa dobre. W klipie do tego kawałka jesteśmy na wojnie. I muszę przyznać, że gdy oglądam teledysk jest mi łatwiej przełknąć otwarcie drugiego krążka. Tyle że nadal jestem zagubiony. Trochę przekombinowali. Niech to słowo wybrzmi jeszcze raz przy kolejnej pozycji „Man UNkind”. Teledysk akurat trzeba tu wspomnieć, bo nie wierzyłem jak widziałem. Metallica blackmetalowa?
Riff wprowadzał mnie w headbanging, ale gdy wszedł wokal dostałem kubłem zimnej wody. Niby mnie trzepie i telepie, ale nie tak, jak trzeba. Zmuszałem się trochę, żeby wysłuchać całości. I to już od połowy. Przy „Here Comes Revenge” jest to samo. Totalnie przekombinowane. Solówka jest bezpłciowa. Nie dość, że utwór w ogóle tu nie pasuje, to jeszcze trwa przerażająco długo – najdłuższy utwór z drugiej płyty! Po tytule następnego w kolejce „Am I Savage” od razu chciałoby się drugiego „Am I Evil”. No cóż. Nie ma tak dobrze. To przerecytowana piosenka. I choć nie odrzuciła mnie totalnie, to po prostu jest słabiutko. Na „Murder One” moim zdaniem trzeba patrzeć przez pryzmat teledysku i całej otoczki. To hołd oddany Lemmy’emu Kilmisterowi, zmarłemu w tym roku basiście Motörhead.
Wielka inspiracja Metalliki dostała od nich coś więcej niż cover „Ace Of Spades”, jak u większości innych kapel. I za to ich szanuję. W sumie nie miałbym problemu, żeby puszczać to w aucie czy domu. Tylko musiałbym przewijać szybko resztę. Na zakończenie (chyba specjalnie) dostajemy potężnego kopa. „Spit Out The Bone” to thrash w świetnym wydaniu. Głowa lata mi cały czas. Nawet Lars dostaje tu plusa. Mam nadzieję, że udźwigną to na koncertach, bo ten kawałek zasługuje na wielkie mosh pity.
Dwupłytowe wydawnictwo było moim zdaniem słabym pomysłem. Gdyby „Hardwired… To Self-Destruct” zostawić jako jedną płytę i poodrzucać sprawiedliwie z samym sobą zapychacze w stylu „Am I Savage” czy „Here Comes Revenge” byłoby lepiej. Jeśli zespół chciał nam wynagrodzić lata czekania, to bardzo słabo mu to wyszło. Mimo to Lars powinien zostać trenerem managerów innych zespołów. Co do pominiętej trochę przeze mnie warstwy tekstowej, to muszę przyznać, że zawsze byłem na tym punkcie szalony. Nie umiesz pisać piosenek? Rób płyty instrumentalne. Moje szaleństwo zostało uspokojone, bo James Hetfield przemawia do mnie na tym krążku w ogromnym stopniu. Nie przemawia za to Kirk Hammett, który widać, że się stara, ale solówki tylko momentami były interesujące. Kwestię okładki zostawię, bo już ją wyjaśniono. Po prostu cierpię, że nie dostaliśmy tego wszystkiego w mniejszym opakowaniu. Bez drugiego krążka. Wtedy byłoby po prostu epicko. Mimo to jeśli ktoś mówi, że oni skończyli się na Kill Em All jest dla mnie po prostu malkontentem. A nie ma większych niezadowolonych niż fani „prawdziwego metalu”. Nie wiem czy nagrają kiedyś kolejny album. Ale.. czekałbym. Było warto.
Ocena:
CD 1 8/10
CD 2 5/10

medleyland.pl - Kot
Na taki album warto było czekać 8 lat. Obfitość pomysłów muzycznych, riffów, melodii jest tu tak ogromna, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby dostać dwa krótsze albumy w czteroletnich odstępach. Metallica, jak zwykle, lubi się droczyć z fanami. Trzy zaprezentowane przed premierą albumu piosenki: Hardwired, Moth Into Flame i Atlas, Rise! mogły zasugerować, że zespół podąża bezpieczną ścieżką utorowaną przez Death Magnetic. Nic bardziej mylnego!
Hardwired - oczywiście Hardwired nie jest przejawem geniuszu i nawet nie pretenduje do miana najlepszego utworu Metalliki. To jeden z muzycznie najprostszych kawałków w ich dyskografii, jeśli nie najprostszy, o nieco prymitywnej charakterystyce, która do tej pory zarezerwowana była dla coverowych wygłupów. Ale takiej rąbanki Metallica też potrzebuje. Zwłaszcza, gdy ta rąbanka brzmi rzeczywiście jak nowa jakość, a nie desperacka próba kopiowania samych siebie, jak to można było odczuć w niektórych fragmentach Death Magnetic.
Gdzieś tam może pobrzmiewają echa Holier Than Thou w prostym i krótkim otwarciu, może riff w środkowej części brzmi jak unowocześniona wersja Metal Militia, może agresywny, minimalistyczny melodyjnie wokal przypomina nieco My Apocalypse. Inspiracja musi skądś płynąć, a efekt końcowy jest kombinacją dobrze znanych elementów, której u Metalliki w takiej formie jeszcze nie było.
Atlas, Rise! – pod względem struktury i stylu pasowałby do Death Magnetic, ale nie odstawałby też wcale na …And Justice for All. Najbardziej poplątana kompozycja na płycie, którą ciężko ogarnąć po pierwszym przesłuchaniu. Połamane intro nawiązuje nieco do Dyers Eve i skutecznie splata bardzo różnorodne segmenty utworu.
Zwrotki mimo przyzwoitego tempa mają swój groove, a wiodący riff uzupełnia się z linią wokalu. Nie sposób nie zachwycić się refrenami: takiej „epickości” oczekiwałem od piosenki pod takim tytułem. Metallica tutaj bez owijania w bawełnę oddaje hołd Iron Maiden. Podobnie jak w długiej, pełnej zmian instrumentalnej części, w której czeka na nas jedna z najpiękniejszych partii harmonicznych w dyskografii zespołu.
Z muzyką znakomicie współgra także tekst piosenki, przykładowo w refrenie, gdzie dramatyczny riff podkreśla wagę słów: „Crushed under heavy skies/Atlas, rise!”.
Now That We’re Dead – solidny groover w średnim tempie, który na koncertach mógłby się rotować z King Nothing, a nawet Enter Sandman. Można sobie przy tym kawałku poskakać, pomachać głową, a nawet pośpiewać z miejsca wpadające w ucho refreny, wtórując Hetfieldowi w jego cynicznym wyznaniu: „Now that we’re dead, my dear/We can be together”.
Intro rozkręca się nieco powoli i być może mogłoby być trochę krótsze, ale ogólnie kawałek trzyma się kupy i znalazłby swoje miejsce także na Czarnym Albumie lub którymś z Loadów.
Moth Into Flame

Waszym zdaniem
komentarzy: 16
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Elvis-Król
12.12.2016 11:53:40
O  IP: 82.145.221.110
Teraz niech jakiś mistrz to przetłumaczy na english całość i wysłać chłopakom z Mety
MaciekP
12.12.2016 11:09:29
O  IP: 83.168.110.42
A nie mówiłem outlaw że to powinno pójść na overkila? :)
outlaw
11.12.2016 21:43:28
O  IP: 91.236.4.54
Aha. To fajnie:) Sądząc po niektórych komentarzach jest nas więcej.
To jest chyba tak: nowa płyta nie we wszystkich gusta trafia, ale jeśli już trafia, to przemawia w szczególny sposób, jak mało która tego zespołu.
ElviS
11.12.2016 21:32:35
O  IP: 178.37.156.156
outlaw
Dokładnie. Daj spokój, czytając twoją recenzje byłem zdziwiony, że ktoś czyta mi w myślach ;D
outlaw
11.12.2016 20:07:54
O  IP: 91.236.4.54
trza było mówić, że to publikować będą i że będą występy na estradzie, to by się człowiek przygotował i lepsze rzeczy napisał;) hehe
outlaw
11.12.2016 13:54:05
O  IP: 91.236.4.54
No tak, w końcu James miał tylko kilka lat na napisanie Murder One;) To już lepiej napisałby, że Metallica skończyła się na Kill'em All tudzież, że nigdy się nawet nie zaczęła.
ElviS
11.12.2016 12:57:19
O  IP: 77.253.173.99
outlaw
A widzisz na overkillu same gwiazdy siedzo.
Umknęła mi ta recenzja, wkrótce ją dodam. Receznje internetowe zbierałem do notatnika, a czytając wszystkie Wasze komentarze też bez problemu można było je wychwycić.
Liczyłem, że na cgm.pl Artur Rawicz napisze swoją opinię, a tak to mamy Pana Maćka który twierdzi, że tekst do Murder One został napisany na kolanie...
outlaw
11.12.2016 12:54:09
O  IP: 91.236.4.54
Myślę, że Lord of Summer to jest ten song, który powinien był się jednak znaleźć na płycie pomiędzy Am I Savage? i Murder One. Te dwa to chyba moje ulubione na płycie, ale oba raczej wolne, stąd dobrze by zrobiło całości, gdyby pomiędzy nie wstawić szybki LoS. Nawet chyba sobie taką płytkę sporządzę.
Elvis-Król
11.12.2016 12:40:04
O  IP: 94.254.242.70
outlaw

Do tej pory myślałeś, że to jedna osoba? :-D

Jak widzisz, overkill jest tak bogaty, że ma dwóch Elvisów ;-)
outlaw
11.12.2016 12:10:28
O  IP: 91.236.4.54
Mnie najbardziej odpowiada ta recenzja. A to dlatego, że miałem podobne odczucia. Nie wiem czy jest wśród powyższych:

http://postprodukcje.pl/2016/11/18/nowa-metallica-hardwired-self-destruct-recenzja/
outlaw
11.12.2016 12:01:17
O  IP: 91.236.4.54
I dopiero teraz widzę, że Elvis i Elvis-Król to wcale nie to samo.
outlaw
11.12.2016 12:00:24
O  IP: 91.236.4.54
No tego to bym się nie spodziewał. Nagle stałem się recenzentem muzycznym;) Karwa kawka
the_Rock
11.12.2016 10:12:48
O  IP: 207.232.18.250
hahaha komu chciaóo się zbierać te nasze wypociny :-D Dzięki:-D

Moja "recenzja" to była taka bardziej relacja/opis dla osób, które bohatersko odmówiły słuchania płyty przed premierą. Starałem się OPISAĆ te utwory porónując ich najważniejsze cechy do utworów które wszyscy znali. Ale trzymam się podsumowania: to najlepsze wydawnictwo od Czarnego Albumu!

Kocham loady, ale tam brakowało mi momentami mocniejszego pier#$%^&*cia jak Hardwired czy Spit Out the bone. Na HTSD te kilerskie otwieracz i zamykacz są super.

W Sta zabijały mnie dłużyzny, brak solówek i blaszany werbel.
Hardwired nie popełnił tych błędów. Nikt nie każe mi wyłączyć tego żępolenia!

DM był OK, ale boli mastering i nienaturalna progresywność (wynikająca z procesu składania utworów na komputerze z tysięcy riffów). Hardwired brzmi dobrze i kawałki są spójne.

Blaack
11.12.2016 02:33:53
O  IP: 5.184.206.162
Serce rośnie widząc że komuś moja opinia spodobała sie na tyle ze znalazła sie w tym artykule. Ogólnie dobry pomysł z tym newsem.
Elvis-Król
11.12.2016 00:23:44
O  IP: 94.254.242.70
To chyba kolejny rekord overkilla, tak długiego i bogatego w treść jeszcze tutaj nie widziałem. Prawie palec mi odpadł od przewijania. Większość znam, a tego co przeoczyłem lub nie zauważyłem to z chęcią przeczytałem.

Co mnie zaskoczyło, to to że ja również się tu znalazłem, za co serdecznie dziękuję. Bardzo miły gest, że w dzisiejszych czasach jeszcze pamiętają o Elvisie ;-)

Ten artykuł też pokazuje, że overkill zniknąć nie może, bo wszyscy go tworzymy i każdy jest tu potrzebny. Overkill hell yeah!
ElviS
10.12.2016 22:14:33
O  IP: 77.253.163.30
Do mnie trafiają najbardziej recenzje outlawa i Pawła Piotrowicza, a do was?
OVERKILL.pl © 2000 - 2017
KOD: Marcin Nowak