W
I
Ę
C
E
J

«

N
E
W
S
Ó
W
20 minut w Kanadzie z Jamesem Hetfieldem - wywiad dla "SO WHAT!" 03.08.2017
dodane 05.08.2017 12:31:31 przez: Elvis-Król
wyświetleń: 762
Wywiad z 3 sierpnia 2016 roku dla "SO WHAT!" przeprowadzony przez Steffana Chirazi z Jamesem Hetfieldem. Przetłumaczony i opracowany przez użytkownika Marios.



Jak na 70 minut przedzierania się ulicami Montrealu, James Hetfield jest w zaskakująco dobrej formie. I to nie dlatego, że przeszkadza mu ruch uliczny. Wszystko dlatego, że poprzedniej nocy nie spał zbyt dobrze. A to z kolei dlatego, że poprzedniego wieczoru bardzo zaangażował się w koncert Queen. W każdym razie było na tyle dużo wygłupów, że możemy porozmawiać o dotychczasowej trasie i o tym, jak bardzo James angażuje się w nią i się nią cieszy.



STEFFAN CHIRAZI: Mamy za sobą heavy metalowy weekend, prawda? Opowiedz wszystkim, co się działo w Toronto w ten weekend?

JAMES HETFIELD: Niewiele, tylko tyle, że każdy zespół na świecie jest tutaj w tym samym czasie! Zatrzymaliśmy się w Toronto i w mieście było bardzo dużo zespołów. Część z nich, jak przypuszczam, nocowała w tym samym hotelu, co my. Nie tylko Lars Ulrich z Metalliki [śmiech], ale też Dwight Yoakam, Tom Petty, Iron Maiden, Queen – wszyscy w jednym mieście. I to jest naprawdę fajne, gdy mamy dni wolne i możemy wybrać się na koncerty tych innych. Ghost to jeszcze jeden z zespołów, który zobaczyliśmy. Więc wiele się dzieje poza wypadami do kina i podobnymi rzeczami. [poza rozmową, zobaczyliśmy Wojnę o Planetę Małp].

Ale miałeś też okazję wyrazić szczególny zaszczyt i szacunek, prawda?

Cóż, najwyraźniej spotykając chłopaków z Iron Maiden, za każdym razem przychodzą wspomnienia. Mam na myśli, że to trochę dziwaczne wspomnienie, wiesz, 1981. Wyjeżdżaliśmy z Hollywood w Kaliforni: Ron McGovney, ja i Lars we trójkę na tylnym siedzeniu, a chodnikiem idzie Steve Harris. I my, wiesz młodzi, nieśmiali metalowcy krzyczymy: „Hej, Seve!” Odwraca się i idzie po nas. „Dobra. Kto to powiedział?” A my: „Cześć. Jak się masz? Lubimy album, arrrgghhhhhh!”. To było nasze pierwsze zetknięcie z kimś fajnym i sławnym, więc takie coś zawsze ze mną zostanie. Tak, Seve Harris, super twardo stąpający po ziemi, naprawdę fajny facet. I nic się nie zmieniło. To znaczy był na naszym koncercie w Quebec City, wpadł do tuning roomu. Stoimy tam i gramy. Nagle: „Wow! O cholera, nie mogę grać!”. Wyglądał identycznie, jak wtedy. Prawdopodobnie miał na sobie te same ubrania, no może z wyjątkiem spandexowych spodni, ale super fajny gość podpatrujący nas za kulisami. Zagraliśmy nasz set co najmniej o pięć minut szybciej. Lars był zdenerwowany: „O mój Boże, Steve Harris mnie obserwuje!”. Nawet dostrzegłem [tę szybkość]: „Czy ten fragment nie brzmi jak Iron Maiden?”.



Czy zauważyłeś trochę energii extra, wiedząc, że was obserwuje?

U Larsa? Tak, heh-heh-heh! To często jest fajne, gdy inni muzycy cię obserwują jak grasz. Wskakujesz na wyższy poziom. Przechodzisz w tryb olimpijski. Powtarzasz sobie: „Muszę zaimponować mojemu ojcu, mojemu idolowi”, albo coś w ten deseń. I zwykle w połowie koncertu myślisz, że gość zajmie się czymś innym, pójdzie po piwo, czy cokolwiek innego. Ale nie! Przez cały koncert Steve tam stał. I nie tylko był tam przez cały czas. Wsiadł z nami do samochodu i pojechał do naszego hotelu. Po prostu taki dobry, super fajny facet. Kilka dni później poszliśmy zobaczyć Iron Maiden, i podobnie byli mega gościnni. A potem z Queen ta sama sprawa. Oczywiście nie ma już Freddiego, ale wiesz, Queen byli dla mnie ogromną inspiracją, gdy brałem się za gitarę. Szczególnie Brian May. Patrząc na to, co robią bez swojego lidera, to zrobili fantastyczną robotę. To z pewnością byłaby zbrodnia nie grać tych utworów dla ludzi, niezależnie od tego, kto jest wokalistą. Adam Lambert wykonuje naprawdę dobrą robotę. Ale patrząc tylko na Briana Maya: ten moment koncertu, gdy grają „Bohemian Rhapsody”. To było jak rock and rollowe marzenie, które się właśnie spełnia. Stałem z dźwiękowcami i obserwowałem go, jak wpada na rampę. Wskoczył na środek tuż przed swoją solówką. Dym, za nim światła i jego białe włosy. Zrobił wokół siebie białą aurę i zaczyna grać solo, ubrany w tę srebrną pelerynę, wiesz, jak w latach siedemdziesiątych! Kirk i ja patrzyliśmy na siebie: „Jasna cholera, to jest niesamowite!!!”. Totalne fanbojstwo. Brian dopieprzył solówką i tyle. Był spektakularny. Potem po koncercie wpadliśmy na Briana i Rogera [Taylora]. Oni są totalnie skromnymi, fajowymi gośćmi. Brian zapytał: „Czy miałeś kiedykolwiek moment na scenie, gdy grasz i myślisz: Cóż, robię to dobrze, to jest naprawdę świetne, prawdopodobnie wyszło lepiej niż kiedykolwiek. A chwilę później „O cholera, zjebałem”. I Brian za chwilę pyta: „Zastanawiam się, czy Kirk lubi to, co gram”. Kirk i ja spoglądamy na siebie: „Co? Jasne”. Tak, Brian naprawdę o to zapytał. Więc jest najbardziej super facetem na ziemi. Poznałem też jego technicznych. Spędziliśmy czas wspólnie. To były siedemdziesiąte urodziny Briana. Jak tylko wybiła północ, powiedziałem: „O.K. To twoje urodziny”. I zacząłem śpiewać „Happy birthday”. Zaczerwienił się.

Czy to przez to, że fałszowałeś?

Zdecydowanie tak. To na pewno nie była potrójna harmonia! Ale i tak było fajnie. Był tam jego techniczny z gitarą na plecach. A ja się zastanawiam;: „Co on ma na tych plecach?” I pytam: „Czy to jest gitara?” On: „Tak, to gitara”. Ja: „Czy mogę na nią spojrzeć?”. Patrzy na Briana i pyta czy może. Brian się zgadza. Więc gość otwiera pokrowiec i wyciąga gitarę „Old Lady”, którą Brian i jego ojciec zrobili, gdy Brian miał osiemnaście lat. Nadal ma ją w trasie i gra na niej każdej nocy. To było spektakularne. Wziąłem tę gitarę i zagrałem parę utworów Queen, oczywiście w swoim stylu. Brian nachyla się do mnie i robi samojedkę. Nie mogłem przestać się śmiać. Było extra zajebiście. Potem Kirk: „Moja kolej, teraz moja kolej”. Wszyscy graliśmy na gitarze Briana. To był niezapomniany moment. Przez całą noc się budziłem i po prostu myślałem: „Czy to się naprawdę wydarzyło? Jak to się stało? Dlaczego nie zagrałem tego utworu? Powinienem zagrać Stone Cold Crazy”. Powinienem to zrobić. Muszę jeszcze dodać, że jeśli dożyję siedemdziesiątki, też chcę być taki fajny i chcę tak twardo stąpać po ziemi, dać z siebie wszystko i kochać życie. Brian jest taki spokojny. Jest wielką inspiracją.



Zmieńmy kierunek, spójrzmy w program WorldWired Tour i przyjrzyjmy się dokładnie temu, co zostało zrobione, by utrzymać cię w dobrej formie przez wiele lat. Grasz mniej koncertów i miejmy nadzieję, że z każdym kolejnym będziesz czuł się coraz lepiej. Czy tak to wygląda? Opowiedz trochę o tym.

Tak, to całkiem wykonalne [jeśli zachowamy bieżący sposób]. Czasami mój umysł robi na mnie sztuczki, eksperymentuje: „Hej, nie możesz tego zrobić!”. I to się dzieje w połowie trasy. Ma to związek z byciem w Teksasie latem. Na zewnątrz jest 100 stopni. Grasz na powietrzu, masz na sobie skórzane spodnie, skórzane buty, do tego jest jakieś 80% wilgotności powietrza, a ty grasz „Hardwired”! Więc przez te wszystkie kombinacje umysłu zastanawiam się: „Boże, nie jestem w stanie tego zrobić. Nie mogę tego zrobić. Jestem taki, jestem owaki”. I oczywiście jest to nieprawda. Byłem tylko zmęczony! Ale mówię wam: za każdym razem, gdy wychodzimy na scenę, staramy się poprawiać jakość koncertu. Niezależnie, czy chodzi o podróż, czas, setlistę, produkcję, wszystko. Uczymy się za każdym razem i za każdym razem staramy się poprawiać.

Ale mniej jest do poprawy, jeśli chodzi o ciebie. Bardziej mówisz o zakresie koncertów, prawda?

Z pewnością o to chodzi. To, co zawsze robiliśmy, to graliśmy wiele utworów z różnych albumów. Wygląda na to, że nowy album jest na żywo bardzo, bardzo mile widziany. Publiczność chce usłyszeć wiele nowych rzeczy, co jest dla mnie szokujące! 15 lat temu wyjeżdżałeś w trasę i nikt nie chciał słuchać nowych rzeczy. Wszyscy chcieli starego materiału. Więc chyba przypuszczam, że jest to nasza powinność, wiesz, będziemy o nią walczyć.

Czy to, co się wydarzyło, było szokujące? Kiedy ludzie zobaczyli zarezerwowane stadiony, myślę, że było trochę: „Zobaczmy, czy coś z tego wyjdzie”. I wyszło! Zawsze gdy wydawana jest nowa płyta, ludzie przewidują: „Będzie do dupy”. I nagle mamy milion sprzedanych fizycznych kopii albumu, a to tyle co pięć milionów parę lat temu. Jesteś tym zaskoczony?

Jestem bardzo zaskoczony. Właśnie zrobiliśmy kolejne dobre utwory, które lubimy. Fakt, że ludzie przyzwyczaili się do nich lub je pokochali, jest wspaniały. I nie tylko widzimy starych, zbzikowanych fanów, ale witamy też młodszą ekipę a nawet starsze osoby, zainspirowane przez wnuki, czy dzieci. Widzimy przekrój pokoleń na koncertach. Nie mógłbym wymarzyć sobie czegoś lepszego. To jest dokładnie to, czego chcemy.

Czy uważasz, że doceniasz te sprawy bardziej, niż kiedykolwiek, jeśli chodzi o fanów? Poprzedniego dnia w samochodzie zrobiłeś coś, co przykuło moją uwagę. Mocno się ożywiłeś, gdy zobaczyłeś gromadę długowłosych kolesi w koszulkach Metalliki. Nieźle się nakręciłeś. Czy uważasz, że czujesz większe uznanie dla tej subkultury z którą jesteś związany przez tak długi czas?

Tak. Myślę, że wszystko jest tutaj [wskazuje na mózg]. Bo można się troszkę otworzyć i pozwolić [sobie] w to wejść. Wiedząc, że każdy ma swoją historię związaną z Metallicą, dlaczego są w tym miejscu, dlaczego tam dotarli, kto pomógł im tam dotrzeć... Wiesz, spotykaliśmy ludzi przed koncertem w ramach CID Entertainment (to jeden z przywilejów dla osób, które kupiły pakiety VIP i mają możliwość spotkać się z zespołem podczas wystawy „Memory Remains”– dop. Marios) Nie tylko: „Poznałem was w liceum, dzięki”. Ale też: „Tato mojego najlepszego przyjaciela wprowadził mnie w ten świat. Nie byłoby mnie tu, gdyby nie on”. Świat staje się coraz mniejszy. Jesteśmy tutaj i cieszymy się tym, a ja jestem z publicznością bardziej niż kiedykolwiek, widząc ludzi, widząc ich spojrzenia, gdy cieszą się koncertem. A co oni robią? Nie ma złego sposobu na cieszenie się koncertem. Są osoby, które kompletnie się nie kontrolują, są dzicy, a na drugi dzień na festiwalu masz babcię w pierwszym rzędzie. To znaczy zakładam, że jest babcią. Była na tyle stara, by nią być. I ona śle mi pocałunek. To niesamowite. Więc widzę, że muzyka nadal ludzi porusza, a to nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.



Obserwowałem kogoś w Toronto podczas „Fade to Black” i był bardzo rozemocjonowany, poddał się temu uczuciu. Oczarował mnie tym. Popatrzyłem przez ramię na ciebie i widziałem jak śpiewasz z jeszcze większym poziomem emocji. I to mnie uderzyło. Czy uważasz, że dotarłeś do momentu w swoim życiu, gdzie zatoczyłeś koło z niektórymi swoimi tekstami, które napisałeś jako wyrzut emocji, gdy byłeś młodszy – jako ucieczka, gdy byłeś młody? Gdy dziś śpiewasz te słowa, są one dla ciebie głębsze, bogatsze? Odczuwasz to?

Absolutnie. A zwłaszcza „Fade to Black” i „The Unforgiven”, to utwory które zmieniają się dla mnie. Kiedy to było pierwotnie pisane, taka była rzeczywistość: „Cholernie nienawidzę życia, nasz sprzęt został skradziony, nie możemy podążać za marzeniem, nie zagramy w Europie”, wszystkie te sprawy. Oczywiście kiedy odszedł Cliff, lub ktoś ważny w naszych życiach, „Fade to Black” się pojawia. Nawet jak Chris Cornell odszedł, też pojawił się „Fade...”. Więc zgadzam się. Patrzyłem na publiczność w Toronto, jak ty, i widziałem jak ktoś płacze. Nie wiem, czy to była ta sama osoba. To była młoda dziewczyna. Miała długie, ciemne włosy. Płakała, a ja prawie chciałem – wiesz, byłem przywiązany do akustyka – ale chciałem do niej iść i podnieść ją na duchu, przytulić, albo „wszystko będzie dobrze”, wiesz. Też mam takie chwile. Dobrze jest wiedzieć, że ktoś jest związany z tym utworem podobnie do mnie.

Ostatnie pytanie. Wiem, że tuning room wzywa. Myślisz, że w dawnych czasach był okres w twoim życiu, w karierze, gdzie trochę bałeś się mocy słów, które napisałeś? A może pomyślałeś: „Nie będę się w nie zagłębiał” i może teraz ten strach zniknął?

Tak, to całkiem możliwe. Ale myślę, że jest tego więcej. Jestem starszy, idę swoją drogą, jestem, nie wiem, może nie nostalgiczny, ale bardziej kontemplacyjny. Myślę o niektórych z tych rzeczy. I nie chodzi o że „pomagasz ludziom w ich życiu”, „Jesteś tym, na kogo chcą patrzeć”. Aż tak bardzo to nie. Ale widzę, jak te utwory wpływają na ludzi. Nie traktuję tych utworów tylko jako „coś, co napisałem”. Tak, napisałem to z jakiegoś powodu. Może moja terapia przekształciła się w terapię dla innych osób... Nie chełpiąc się tym, jest to połączenie [muzyki i życia], którego zawsze szukałem.


KONIEC


Źródło: "SO WHAT!"

Tłumaczenie i opracowanie: Marios

Opublikował: Elvis-Król

Waszym zdaniem
komentarzy: 0
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Nikt nie skomentował newsa.
OVERKILL.pl © 2000 - 2017
KOD: Marcin Nowak